Sobota nadeszła z jasnym, szyderczym słońcem. Spędziłam poranek na sprzątaniu domu. Wypolerowałam powierzchnie, aż lśniły. Nakryłam do stołu naszą najpiękniejszą pościelą. Upewniłam się, że wazony są pełne świeżych lilii. Dla każdego obserwatora wyglądało to jak dom przygotowujący się do radosnej okazji.
Mark spędził popołudnie na podwórku, przygotowując grilla – swój jedyny wkład w „pracę” przyjęcia. Zakładał, że kuchnia za nim wrze. Nie sprawdził. Nie musiał. W jego umyśle już tam byłam, duch w oparach, manifestujący jego pragnienia.
O 16:00 zadzwonił dzwonek do drzwi.
Dom wypełnił się żywiołowym, aroganckim hałasem rodziny Blackwood. Jego matka, Sondra, weszła niczym królowa wdowa, podając mi płaszcz, nie patrząc na mnie. Jego siostry, Megan i Chloe, wparowały z mężami i dziećmi, a ich głosy były kakofonią powitań i oczekiwań.
„Och, Eleno, dom wygląda ślicznie!” – oznajmiła Sondra, wciągając powietrze. Potem zmarszczyła brwi. „Ale… nie czuję wołowiny? Jest w wolnowarze?”
Uśmiechnęłam się. To był delikatny, wyćwiczony gest. „Rozgośćcie się. Mark tak się cieszy, że was widzi”.
Przechadzałam się po pokojach z gracją ducha. Wynosiłam dzbanki z lodowatą wodą. Podsuwałam serwetki. Byłam idealną gospodynią, zapewniając wszystko oprócz tego, po co wszyscy tu przyszli: pożywienia.
Kuzyni rozsiedli się w salonie. Dzieci biegały po korytarzach. W powietrzu unosił się zapach lilii i gwar dwudziestu osób czekających na posiłek.
Rozdział 4: Przerzedzający się dźwięk obfitości
Zmiana nastąpiła o 18:00. To pora, kiedy głód przestaje być sugestią, a staje się koniecznością.
Rozmowa w salonie zaczęła cichnąć. Wzrok powędrował w stronę kuchni. Mark, wyczuwając ciszę, klasnął w dłonie z radosnym, niczym solenizanta, entuzjazmem.
„No dobrze, wszyscy! Myślę, że czas na danie główne” – oznajmił donośnym głosem. Spojrzał na mnie z błyskiem samozadowolenia w oku. „Eleno, kochanie, jesteśmy gotowi, żeby wynieść to, co mamy?”
Poprowadził orszak w stronę kuchni. Sondra szła na czele, a za nią siostry i kuzyni – głodna falanga krewnych, którzy zasiadali do tradycyjnego posiłku.
Dźwięk w pokoju nie zmienił się od razu. Przycichł. To było jak utrata sygnału przez stację radiową, entuzjastyczne głosy zanikły w chaotycznym szumie.
Weszli do kuchni, która była chirurgicznie czysta, przerażająco czysta.