„Powiedział… powiedział, że chodzi o natychmiastową restrukturyzację firmy. I proszę pana? Będzie pan chciał tu być”.
Marcus przyspieszył w kierunku strzelistej szklanej siedziby AuraTech. Ale kiedy wyszedł z prywatnej windy na piętro dyrektorskie, atmosfera była zupełnie inna. Powietrze było gęste i ciężkie. Zwyczajna, szalona, pulsująca energia biura zamarła.
Zapadła ogłuszająca cisza. Spojrzenia młodszych programistów wydawały się ciężkie. Nikt nie podbiegł, żeby podać mu kawę lub zdać mu relację z codziennych pomiarów. Niektórzy całkowicie unikali jego wzroku, wpatrując się intensywnie w monitory. Inni obserwowali go z napiętą, chorobliwą ciekawością – niczym ludzie obserwujący chodzącego trupa.
Marcus pchnął ciężkie dębowe drzwi głównej sali konferencyjnej, gotowy zażądać odpowiedzi.
Spodziewał się zobaczyć członków zarządu z niepokojem czekających na jego wskazówki. Zamiast tego zobaczył Victora Thorne’a siedzącego spokojnie na krześle prezesa u szczytu długiego szklanego stołu. A w kącie, w eleganckim, szytym na miarę garniturze, stałem ja.
W sali konferencyjnej panował chłód, a klimatyzacja była podkręcona do sterylnego, niewygodnego poziomu. Spokojnie.
Marcus zatrzymał się jak wryty. Jego wzrok przesunął się od Victora, który spokojnie sączył wodę gazowaną na czele stołu, do mnie, stojącej przy panoramicznym oknie z widokiem na panoramę miasta. Siniak na moim policzku był starannie ukryty pod makijażem, ale moja postawa była jak ze stali. Nie byłam już…
Uległa kobieta w wilgotnym ręczniku.
„Od kiedy ty siedzisz na moim krześle, Victorze?” – prychnął Marcus, próbując emanować swoją zwykłą arogancką władzą, choć jego głos lekko zadrżał. Wycelował we mnie ostrym palcem. „A co ona tu, do cholery, robi? To piętro korporacyjne z ograniczonym dostępem. Eleno, idź do domu. Moja matka przyjeżdża za dwie godziny i dom musi być gotowy”.
Nikt się nie ruszył. Cisza w pokoju ciągnęła się w nieskończoność, napięta i krucha jak struna fortepianowa.
„Usiądź, Marcusie” – powiedział Victor. To nie była sugestia. To był rozkaz kata.
Brawura Marcusa zgasła. Spojrzał na pozostałych członków zarządu – mężczyzn, którym stawiał drogie kolacje, mężczyzn, których, jak sądził, miał bezpiecznie w kieszeni. Żaden z nich nie spojrzał mu w oczy. Powoli, z wahaniem Marcus odsunął krzesło od połowy stołu i usiadł.
Victor nie powiedział ani słowa. Po prostu skinął mi głową.
Podszedłem do środka stołu i przesunąłem po wypolerowanym szkle ciężką, czarną, skórzaną teczkę. Zatrzymała się idealnie przed złożonymi dłońmi Marcusa.
„Twoja rzeczywistość” – powiedziałem spokojnym głosem, pozbawionym drżącego strachu, do którego tak przywykł.