„Dobrze” – odpowiedziałem. „Ale też z domu. Twoje rzeczy będą jutro u dozorcy”.
„Ten dom też jest mój”.
Mariana się uśmiechnęła.
„I dlatego zrobimy to dobrze. Ale dzisiaj nie zmienisz kobiety w siódmym miesiącu ciąży. Już rozmawiałem z patrolem wsparcia. Są na zewnątrz”.
Adrián spiorunował ją wzrokiem.
„Zwariowałaś”.
„Jestem prawniczką” – powiedziała Mariana. Jest gorzej.
Wyszedł, odpychając krzesło.
Nikt za nim nie poszedł.
Renata wyszła pięć minut później. Zanim przekroczył próg, odwrócił się do mnie.
„Nie będę cię prosił o wybaczenie”.
„To dobrze. Bo nie zamierzałem”.
Schylił głowę i wyszedł.
Pokój był dziwny.
Jak po trzęsieniu ziemi, kiedy wszyscy wpatrują się w lampy, mimo że się zatrzymały.
Moja mama zareagowała pierwsza.
„Cóż” – powiedział, ocierając łzy serwetką. „To nie była wina ciasta”.
I to, nie wiem dlaczego, nas uratowało.
Ktoś się roześmiał.
Potem ktoś inny.
Ciocia Lulu pokroiła ciasto znacznie mocniej niż było to konieczne. Doña Teresa siedziała w kącie, cicho płacząc. Lourdes przyjęła kawę i zjadła dwie babeczki z godnym podziwu spokojem.
Zmęczona siedziałam w fotelu.
Lucia poruszyła się we mnie.
Nie jak kopniak.
Jak powolny obrót.
Położyłam ręce na brzuchu.
„Przepraszam, kochanie” – wyszeptałam. „Twoja impreza zrobiła się intensywna”.
Moja mama słuchała.
„Twoja córka właśnie nauczyła się czegoś ważnego”.
„Co?”
„Że twoja matka nie połyka trucizny, żeby inni mogli zjeść w spokoju”.
Po baby shower pospacerowaliśmy trochę po Coyoacán, bo potrzebowałam świeżego powietrza. Noc była chłodna. W Ogrodzie Stulecia pary robiły zdjęcia przy Fontannie Kojota, dzieci bawiły się balonami, mężczyźni sprzedawali esquites (rodzaj ciasta), a rodziny wychodziły z domów z torbami churros.
Usiadłam na ladzie z kawałkiem ciasta na jednorazowym talerzyku.
Mariana usiadła obok mnie.
„Żałujesz tego?”
Patrzyłam na światła, ludzi, kojoty w fontannie pryskające wodą, jakby nic na świecie się nie liczyło.
„Żałuję, że kochałam go bardziej niż on kochał mnie”.
„To nie twoja wina”.
„Nie. Ale to ja muszę ją poprawić”.
Tej nocy nie wpuściłam Adriana do mieszkania.
Krzyczał z korytarza.
Poprosił o możliwość mówienia.
Potem ją obraził.
Potem płakała.
Potem wyszedł.
Następnego dnia znalazłam ich torby przy drzwiach, tam gdzie zostawili je Mariana i mój brat. Doña Teresa przyszła z nim, ale nie po to, żeby go bronić. Przyszedł prosić mnie o wybaczenie.
Miała torbę z pieluchami, pleciony kocyk i opuchnięte oczy.