Uczyłam się w migoczącym świetle skradzionej latarki pod kocami, podczas gdy sąsiedzi krzyczeli przez cienkie jak papier ściany. Prałam mundurki o północy, pracowałam na dwie zmiany w weekendy i aplikowałam o każde stypendium, które nie było dostępne.
Ograniczenie dotyczące miejsca zamieszkania. Każdy list akceptacyjny, który otrzymywałem, składałem w mały kwadrat i chowałem pod łóżkiem w starym pudełku po butach Nike. Nie chodziło o dumę. To była dokumentacja. To był dowód na to, że wygrzebuję się z ciężaru mojego urodzenia.
Taka była moja wersja, którą poznałem Adama Sterlinga.
Nie wyłonił się z cienia; urodził się w świetle reflektorów. Pochodził ze świata, w którym „walka” była słowem używanym w filmach dokumentalnych, a problemy rozwiązywano telefonem do prawnika rodzinnego. Poznaliśmy się na ekskluzywnej gali korporacyjnej. Byłem tam jako cień firmy PR, stanowisko, na które praktycznie krwawiłem. On był tam, popijając dwudziestoletnią szkocką, złoty chłopiec firmy inwestycyjnej swojego ojca.
Od razu rozpoznałem jego typ. Wypolerowany, lśniący i niebezpieczny, tak jak burzowa chmura jest piękna z daleka, ale niszczycielska, gdy złapie cię ulewa.
„Masz ciekawe oczy” – powiedział, opierając się o marmurową kolumnę. „Wyglądasz, jakbyś planowała wyjście dla wszystkich w tym pokoju”.
„Tak” – odpowiedziałam bez wahania. „Zaczynając od ciebie”.