Część 2:
Drew nie odszedł spokojnie.
Nazwała mnie żałosną, zazdrosną, samotną i zgorzkniałą w obecności dwudziestki dzieci i ich rodziców. Jej mąż Brett próbował to zbagatelizować, mówiąc, że Cody „po prostu zachowuje się jak dziecko”, ale menedżerka lokalu, Delia Marchetti, nie uśmiechnęła się. Kazała im wyjść raz, a potem jasno dała do zrozumienia, że jeśli odmówią, wezwie policję.
Cody’ego wyciągnięto z butami wciąż przyklejonymi do lukru.
Kiedy w końcu sala odetchnęła, kelner Anthony Castellano podszedł do mnie przy barze. Miał dwadzieścia sześć lat, był blady i zaniepokojony, trzymając dzbanek wody jak tarczę.
„Proszę pani” – powiedział – „słyszałem pani siostrę, zanim to się stało. Rozmawiała przez telefon. Powiedziała: »Po dzisiejszym dniu Maggie będzie wyglądać jak rodzinny złoczyńca, a my po raz pierwszy jak ofiary«. Potem podała Cody’emu telefon i powiedziała mu, co ma robić”.
Poczułam, jak podłoga pode mną się ugina, a potem sama się uspokaja.
„Czy mógłbyś to zapisać?” – zapytałam.
„Tak” – odpowiedział. „Słowo w słowo”.
Tego wieczoru, po tym, jak zjedliśmy z Theo małe ciasto czekoladowe przy kuchennym stole, otworzyłam swoje akta. Nie byłam kobietą, która głośno chowa urazy, ale prowadziłam dokumentację. Czesne. Naprawa samochodu. Obóz letni. Rachunki od ortodonty. Wakacje w Disneylandzie, które Drew przysięgał, że są niezbędne dla zdrowia emocjonalnego dzieci.
W sumie wyszło 312 440 dolarów.
Wpatrywałam się w tę kwotę, aż przestała przypominać pieniądze, a zaczęła przypominać moje życie. Każda faktura była małym nekrologiem granicy, którą zakopałam.
O 23:53 wysłałam e-mail do Akademii św. Katarzyny. Poinformowałam ich, że nie jestem już płatnikiem zewnętrznym za Cody’ego, Masona i Ivy Howerin. Przyszłe należności będą wysyłane do ich rodziców. Potem spałem lepiej niż od lat.
Do rana Drew dzwonił jedenaście razy. Mama dzwoniła o dziewiątej piętnaście.
„Maggie” – wyszeptała – „co zrobiłaś?”
„Przestałam płacić”.
„Nie możesz karać tych dzieciaków”.
„Nikogo nie karzę. Zabieram darowiznę”.
Pauza. Potem pojawiła się stara broń. „Twój ojciec by się ciebie wstydził”.
Zamknąłem oczy i pomyślałem o Sala Barrymore, dokerze, który nauczył mnie prowadzić własną księgę rachunkową.
„Nie, mamo” – powiedziałem. „Tata pytałby, dlaczego tak długo płacę ludziom, którzy nigdy nie dziękują”.
Potem się rozłączyłem.