Zatrzymała się, patrząc na mnie z tą starą, znajomą paniką wkradającą się do jej oczu. Zakaszlała – mokrym, rzężącym dźwiękiem.
Instynktownie odsunęła krzesło, garbiąc się w geście obronnym. „Przepraszam, dziadku” – wyrzuciła z siebie drżącym głosem. „Pójdę do swojego pokoju. Nie będę ci przeszkadzać. Przepraszam, jestem chory”.
Zgasiłem kuchenkę. Podszedłem do niej, przysuwając krzesło, żebym był na wysokości jej oczu.
„Maya, spójrz na mnie” – powiedziałem cicho.
Wbiła wzrok w podłogę, a pojedyncza łza wymknęła się i wylądowała na jej tekturowym Jowiszu.
Wyciągnąłem rękę i delikatnie uniosłem jej brodę, tak że musiała spojrzeć mi w oczy. „Pamiętasz dzień, w którym cię tu przyprowadziłem?”
Skinęła głową, drobnym, nerwowym ruchem.
„Złożyłem ci obietnicę tamtego dnia” – kontynuowałem, głosem spokojnym i całkowicie pozbawionym osądu. „Mówiłem ci, że nigdy nie jesteś ciężarem. Choroba to nie przestępstwo. Potrzeba pomocy to nie porażka”.
Wstałem, podniosłem ją i zaniosłem do ogromnego fotela w salonie. Owinąłem ją w mój najgrubszy wełniany koc i przyniosłem jej kubek ciepłej herbaty z miodem. Potem wziąłem z łazienki chłodny ręcznik i usiadłem obok niej, delikatnie przyciskając go do jej czoła.
Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, czekając na gniew, niecierpliwość i irytację, które definiowały jej życie w poprzednim domu.
To nigdy nie nadeszło.
Przesiedziałem na tym krześle kolejne sześć godzin. Przeczytałem jej trzy rozdziały Hobbita. Zmierzyłem jej temperaturę. Otarłem jej czoło. Pozwoliłem jej zasnąć z głową opartą na moim ramieniu, a jednostajny rytm jej oddechu był jedynym dźwiękiem w pokoju.
Około 3:00 nad ranem się poruszyła. Gorączka jej spadła. Spojrzała na mnie, mrugając w słabym świetle lampy stojącej.
„Nie spałaś” – wyszeptała z głębokim podziwem w głosie.
„Oczywiście, że tak” – odpowiedziałem, odgarniając wilgotny loczek z jej twarzy.