Zostałam tam, przyciskając telefon do ucha, wsłuchując się w pustkę.
Zimny pot spływał mi z karku do krzyża. Wstałam, nie zapalając światła. Szłam długim korytarzem mojego domu – domu zbyt dużego dla dwóch kobiet… i dla tylu duchów.
Nazywam się Hélène de Villiers. Mam sześćdziesiąt cztery lata. Jestem wdową i mieszkam w dużym domu pod La Rochelle, wśród kołyszących się na wietrze sosen i słonego zapachu oceanu.
Po śmierci syna myślałam, że dożyję końca życia w ciszy, mając za jedyne towarzystwo echo jego kroków w pustych pokojach.
Ale tej nocy coś pękło.
Zapukałam do drzwi sypialni mojej pasierbicy.
„Valérie! Valérie, otwórz!”
Drzwi otworzyły się z hukiem. Valérie Renaud, z rozczochranymi włosami i twarzą opuchniętą od snu, pojawiła się w szczelinie.
„Co znowu, Hélène?”
Złapałam ją za ramię. Brakowało mi tchu, ledwo mogłam sklecić dwa zdania.
„Elias do mnie dzwonił. Powiedział… powiedział, że jest przy drzwiach. Że jest mu zimno”.
Zmarszczyła brwi.
„Miałaś koszmar. Wracaj do łóżka”.
I nagle…
DZWONEK DO DRZWI ZADZWONIŁ.
Długi. Natarczywy. Pilny.
Valérie zbladła tak bardzo, że poczułam, jak jej ramię sztywnieje pod moimi palcami.
„Nie…” wyszeptała. „Nie, to niemożliwe…”