Wpisałem jego imię w każdą wyszukiwarkę, jaką znalazłem. Henry. Rocznik 1962.
Na początku nic nie wyskoczyło. Tylko martwe linki i nieznajomi o tym samym imieniu.
Zadzwoniłem do starego liceum następnego ranka drżącym głosem.
„Cześć, wiem, że to brzmi dziwnie, ale próbuję znaleźć absolwenta sprzed 60 lat. Ma na imię Henry”.
„Kochanie” – powiedziała kobieta w słuchawce – „zwykle nie podajemy takich informacji”.
„Proszę” – wyszeptałem. „Moja babcia umiera. Chce go tylko jeszcze raz zobaczyć”.
W słuchawce zapadła cisza.
„Zobaczę, co da się zrobić”.
Po południu miałem listę trzech możliwych adresów, dwa numery telefonów i jednego dalekiego kuzyna w Ohio, który mógł coś wiedzieć.
Zadzwoniłem do każdego.
„Przepraszam, pomyliłam Henry’ego”.
„Nie słyszałam tego imienia od lat”.
„Wyprowadził się dekady temu, kochanie. Może być gdziekolwiek”.
Wybierałam numer, aż rozbolały mnie palce.
Tego wieczoru mama weszła do szpitalnej sali i zobaczyła notes na moich kolanach. Jej twarz natychmiast się zmieniła.
„Co robisz?”
„Pomagam babci” – powiedziałam cicho.
„Pomagam jej w czym?”
„Opowiedziała mi o Henrym. Idę go znaleźć”.
Dłonie mamy zamarły na pasku torebki.
„Co zamierzasz zrobić?”
„Znaleźć go, mamo. Chce ostatniego tańca”.
„Absolutnie nie”.
Podniosłam wzrok oszołomiona. „Co masz na myśli, mówiąc „nie”?”
„To znaczy, daj spokój. Natychmiast”.
„Mamo, ona umiera. To jedyna rzecz, o którą prosi”.