„Nie chciałam jej skrzywdzić” – wyszeptała. Jej głos był kruchy, pozbawiony arogancji. „Ja… ja próbowałam ją uratować przed…”
Urwała, a jej dłonie drżały na rączce wózka.
Patrzyłam przez nią. Nie widziałam już matriarchy. Nie widziałam mocy. Widziałam smutną, złamaną staruszkę, która wykorzystała strach, by poczuć się wysoka.
„Wiem” – powiedziałam spokojnym, pozbawionym litości głosem. „Chciałaś ją złamać, żeby móc odbudować ją na swoje podobieństwo”.
„Eleno, proszę” – wyszeptała, a w jej oczach pojawiły się łzy. „Nie mam nikogo. Telefon… nigdy nie dzwoni”.
Uśmiechnęłam się. To nie był ciepły uśmiech. To był uśmiech drapieżnika, który skończył jeść.
„Właśnie o to chodzi, Victorio”.
Odwróciłam się do Lily. „Chodź, kochanie. Chodźmy na lody”.
Lily podniosła wzrok, zobaczyła staruszkę i znieruchomiała. Przez chwilę myślałam, że się boi. Ale ona tylko patrzyła na Victorię z obojętnością obcej osoby.
„Dobrze, mamusiu!” – zaćwierkała Lily.
Odeszłyśmy. Nie oglądałyśmy się za siebie.
Epilog: Architekt