Margaret sięgnęła przez stół, jej dłoń spoczęła na mojej z siłą kamienia. Miała już gotową łzę w lewym oku. Ćwiczyła ją przed lustrem w korytarzu od 1989 roku.
„Tylko ty możesz to zrobić, Heleno” – wyszeptała.
W mojej rodzinie „tylko ty możesz to zrobić” oznacza „tylko ty jeszcze nie wykorzystaliśmy”.
„Jesteś jej coś winna” – dodała mama, a łagodność zniknęła. „Przygarnęła cię, kiedy byłaś rozwiedzioną wrakiem”. To dar miłości. Altruistyczne macierzyństwo zastępcze”.
Nie podniosłam głosu. Nie cofnęłam ręki. Nauczyłam się od cioci Lillian, że spokój to nie brak uczuć, to obecność planu. Sięgnęłam po teczkę.
„Chciałabym to przeczytać” – powiedziałam.
Moja mama zaśmiała się krótko i szorstko. „Och, kochanie, nie musisz czytać każdego słowa. Wujek Don jest prawnikiem; przejrzał to. To standard. To wszystko… rodzina”.
Spojrzałam na wujka Dona. Nagle zafascynowała go para wodna na szklance. Otworzyłam teczkę. Strona tytułowa głosiła: „Umowa o altruistyczne macierzyństwo zastępcze”. Pod spodem czekała na mnie pusta linijka.
Przekartkowałam pierwsze trzy strony kwiecistej prozy o „cudzie siostrzeństwa”, a potem mój kciuk dotknął krawędzi strony czwartej. Serce nie tylko zamarło, ale zamieniło się w lód.
Część IV: Architektura pułapki
Zaczęłam czytać na głos. Używałam mojego „głosu asystentki prawnej” – płaskiego, klinicznego i pozbawionego „kochanej” intonacji, której domagała się moja matka.
„Strona pierwsza: podczas gdy przyszli rodzice pragną otrzymać ten dar w duchu altruizmu” – przeczytałam. „Zauważyłam, że słowo „altruistyczny” pojawia się cztery razy. Z mojego doświadczenia wynika, że to o trzy razy za dużo”.
Strona druga przedstawiała finanse. To było arcydzieło przekierowania. Wszystkie „wydatki podlegające zwrotowi” – ubrania ciążowe, ekologiczne produkty spożywcze, przejazdy – miały być wpłacane na wspólne konto założone na nazwisko Margaret. Prawnie rzecz biorąc, ja byłbym najemcą, a ona wynajmującą.
Strona trzecia była zamkiem w drzwiach. Wymagała „obowiązkowego nadzoru medycznego”. Upoważniłbym przyszłą matkę do otrzymywania w moim imieniu wszelkich informacji medycznych. Nie mógłbym dzwonić do własnego lekarza. Prawnie byłbym pokojem z lodówką, do której Margaret miałaby jedyny klucz.
Ale potem dotarłem do punktu 11 na stronie 4.