— Do siebie? Do waszych dwóch pokoi z Kubą? Czy od razu do DPS-u, żebym nie była na oczach?
Spuścił głowę.
Zadzwonił domofon.
Agnieszka chwyciła teczkę.
— To notariusz. Teraz wszyscy się uspokoją.
— Nie — powiedziałam. — Teraz wszyscy usłyszą.
Otworzyłam.
Na progu stała notariuszka w ciemnym płaszczu. Obok niej pani Zofia z Kubą. I jeszcze jedna kobieta — prawniczka, którą poleciła doktor Wiśniewska.
Agnieszka zamarła.
— Co to ma być?
— Świadkowie — powiedziała pani Zofia. — Bo wy tak lubicie papiery.
Notariuszka zmarszczyła brwi.
— Nie rozumiem sytuacji.
— Chciano mi dać do podpisania pełnomocnictwo — powiedziałam. — Po tym, jak przygotowano podejrzane zaświadczenie lekarskie i wykorzystano słowa mojego wnuka przeciwko mnie.
— To pomówienie! — krzyknęła Agnieszka.
Kuba zaczął płakać.
Paweł gwałtownie wstał.
— Nie krzycz przy dziecku.
— Teraz sobie przypomniałeś o dziecku? — syknęła do niego. — Kiedy twoja matka wszystko zepsuła?
Twoja matka.
Nie pani Halina. Nie babcia. Nie starsza kobieta.
Twoja matka.
Kuba patrzył na nią tak, jakby pierwszy raz zobaczył w twarzy mamy kogoś obcego.
Notariuszka zamknęła swoją teczkę.
— W takich okolicznościach nie poświadczę żadnego dokumentu. Pani Halino, proszę skorzystać z pomocy prawnej.
— Już korzysta — powiedziała prawniczka.
Agnieszka wyszła pierwsza.
Paweł zatrzymał się w drzwiach.
— Mamo, mogę przyjść później?
Spojrzałam na niebieską tasiemkę przy wieszaku.
— Nie.
Przełknął ślinę.
— Jestem twoim synem.
— A ja byłam twoją matką. To ci nie przeszkodziło.
Wyszedł.
Kiedy drzwi się zamknęły, usiadłam na podłodze. Nogi mnie nie trzymały.
Kuba podbiegł.
— Babciu, źle się czujesz?
— Nie, kochanie. Po prostu bardzo długo stałam.
Następne tygodnie nie były ładne.
Chodziłam na policję. Do prawniczki. Do lekarzy. Wymieniłam zamki. Odwołałam stare pełnomocnictwa, nawet te, o których dawno nie myślałam. Sprawdziliśmy księgę wieczystą. Dowiedziałam się, że Paweł już dwa razy pytał o wycenę mojego mieszkania. Agnieszka dzwoniła do DPS-u za miastem. Lekarz z ich zaświadczenia był znajomym znajomej jej kuzynki.
Najgorsze jednak nie były papiery.
Najgorsi byli krewni.
Jedna kuzynka powiedziała:
— Nie oceniaj go tak surowo. To twój syn. Był w desperacji.
Druga:
— Ale Halina, może tobie naprawdę trudno samej?
Trzeci tylko mruknął:
— Brudy pierze się w domu.
Brudy.
Tak nazwali nie to, co mi zrobiono.
Tylko to, że nie milczałam.
Nie tłumaczyłam się nikomu. Wydrukowałam prawdziwą opinię lekarską i przyczepiłam ją do lodówki magnesem w kształcie jabłka.
Nie dla gości.
Dla siebie.