— Kubusiu, idź do pani Zofii. Powiedz, że babci zabrakło cukru.
— Cukier jest — powiedziała Agnieszka natychmiast.
— Chcę cukier od Zosi.
Kuba zeskoczył z krzesła i pobiegł. Paweł chciał coś powiedzieć, ale spojrzałam na niego tak, że zamknął usta. Może po raz pierwszy zobaczył nie matkę, która zawsze przebacza, ale kobietę, która potrafi zatrzymać rękę nad podpisem.
Kiedy drzwi się zamknęły, odłożyłam długopis.
— Teraz bez dziecka.
Agnieszka wstała.
— Paweł, ja w tym teatrze nie biorę udziału.
— Usiądź — powiedział Paweł.
W jego głosie pierwszy raz usłyszałam strach.
Wyjęłam telefon z kieszeni.
— To już się nagrało. Ale mam jeszcze coś.
Włączyłam odtwarzanie.
Najpierw kuchnię wypełnił głos Agnieszki:
“Gaz, leki i Kuba — wszystko już mamy. W czwartek lekarz napisze, że pani Halina nie radzi sobie sama. Potem pełnomocnictwo, wniosek o ubezwłasnowolnienie, mieszkanie załatwimy, a babkę oddamy do DPS-u, gdzie nikomu nie będzie zawadzać.”
Paweł zbladł tak szybko, jakby ktoś wypuścił z niego krew.
Agnieszka rzuciła się do telefonu.
— Nie podchodź — powiedziałam.
— Nie ma pani prawa mnie nagrywać!
— A ty miałaś prawo robić ze mnie chorą?
Zatrzymała się.
Włączyłam telewizor. Na ekranie pojawiła się klatka schodowa. Nagranie z kamerki pani Zofii. Agnieszka wchodzi do mojego mieszkania, kiedy mnie nie ma. Wychodzi. Rozgląda się. Przeciera klamkę chusteczką.
— To niczego nie dowodzi — powiedziała. — Przyniosłam zakupy.
— Kiedy nie było mnie w domu?
— Sama dała mi pani klucze.
— Dałam klucze synowej. Nie komuś, kto z mojego domu robi pułapkę i nazywa to moją starością.
Paweł powoli odwrócił się do niej.
— Co ty zrobiłaś?
Agnieszka krótko się zaśmiała.
— Nie udawaj świętego. Wiedziałeś, do czego to prowadzi.
Paweł usiadł.
Ta cisza zabolała bardziej niż krzyk.
Bo w tej ciszy usłyszałam odpowiedź.
Wiedział.
Może nie każdy szczegół. Może nie o gazie. Może nie o okularach w zamrażarce. Ale wiedział najważniejsze: robią ze mnie słabą, żeby zabrać to, co moje.
— Mamo — wyszeptał — ja nie chciałem tak.
— A jak chciałeś?
Milczał.
— Żebym sama podpisała? Żebym sama uwierzyła, że nie mogę już mieszkać u siebie? Żebym sama spakowała koszulę nocną i leki do torby, i pojechała tam, gdzie nie będę nikomu przeszkadzać?
Agnieszka straciła cierpliwość.
— A co by było w tym strasznego? Tam miałaby opiekę! Ludzi w swoim wieku! Pani i tak jest sama!
Oto była prawda.
Nie troska.
Nie bezpieczeństwo.
Nie pomoc.
Zawadzałam.
Mieszkanie było im potrzebne.
Ja nie.
— Mam długi — powiedział nagle Paweł.
Agnieszka odwróciła się do niego gwałtownie.
— Zamknij się.
— Nie. Już nie mogę.
Wtedy wszystko wyszło.
Długi zaczęły się dawno. Najpierw biznes z kolegą. Potem kredyt na remont. Potem kolejny, żeby przykryć poprzedni. Potem karty. Potem chwilówki, o których wstydził się mówić nawet mnie.
Agnieszka znalazła rozwiązanie.
Mnie.
Moje mieszkanie.
Trzy pokoje w starym bloku, ale w dobrym miejscu. Blisko przystanek, sklep pod domem, apteka za rogiem. Mieszkanie, w którym Janek sam kładł płytki w kuchni. W którym Paweł zrobił pierwsze kroki. W którym Kuba uczył się liter z magnesów na lodówce.
Dla mnie — życie.
Dla nich — kwota.
— Potem wzięlibyśmy cię do siebie — powiedział Paweł.
Zaśmiałam się sucho.