Skinąłem krótko, niemal niezauważalnie, w stronę ciężkich, dębowych, podwójnych drzwi bocznego wejścia do sali balowej.
Drzwi otworzyły się z głośnym hukiem. Dwóch umundurowanych policjantów miejskich weszło w oślepiające światło sali balowej. Towarzyszyła im uderzająco elegancka kobieta w szytym na miarę grafitowym garniturze, niosąca ciężką skórzaną teczkę. To była Maya Chen, bezwzględna, niepokonana główna radczyni prawna z wydziału kryminalnego mojej kancelarii. Tuż za nią podążało trzech śledczych finansowych, a na końcu, powłócząc nogami niczym człowiek idący na szubienicę, sam dr Wren. Jego skóra miała barwę mokrego popiołu, a szyty na miarę garnitur zwisał z niego, a kołnierzyk przesiąknięty był potem.
Sala eksplodowała. Rozległa się kakofonia krzyków, przewróconych krzeseł i gorączkowego trzasku migawek aparatów.
Adrian się potknął. cofnęła się, o mało nie potykając się o kabel od monitora na scenie. „Co to, do cholery, jest? Nie możesz tego zrobić!”
„To się nazywa konsekwencje, Adrianie” – oznajmiła Maya Chen, a jej głos brzmiał bez wysiłku, nawet bez mikrofonu. Była wspaniała. Niespieszna, precyzyjna i całkowicie pozbawiona litości.
Podeszła do pierwszego rzędu. Podała jedną grubą teczkę z czerwonymi zakładkami prosto mojemu stoickiemu ojcu. Drugą identyczną teczkę podała głównemu inwestorowi z Halbrecht Capital, którego twarz poczerwieniała z wściekłości. Trzecią podała głównemu detektywowi.
„Dla formalności” – oznajmiła Maya do histerycznie rozbrzmiewającej sali – „nasze biuro, we współpracy z prokuratorem okręgowym, zebrało niezbite dowody na defraudację korporacyjną, próbę przymusowej kontroli za pomocą fałszywych instrumentów prawnych, spisek w celu popełnienia nadużyć medycznych i rażące fałszowanie informacji korporacyjnych”.
Vanessa zataczała się na metalowych szpilkach, trzymając się za głowę. „Nie. Nie, nie, nie.”
„Tak” – odpowiedziałem jej.
Adrian wycelował drżący palec w lekarza. „Kłamie! Jest uzależniony od tabletek! Kłamie, żeby się ratować!”
Dr Wren wydał z siebie dźwięk, który był czymś w rodzaju szlochu, czymś w rodzaju śmiechu – kruchym, zdruzgotanym dźwiękiem. Spojrzał w górę na scenę, spotykając moje oczy z nawiedzonym, zniszczonym szacunkiem. „Ratuję się, Adrian” – wychrypiał. „Zanim wezwała mnie do swojego gabinetu, miała już wszystko. Miała numery rozliczeniowe banku zagranicznego. Miała nasze zaszyfrowane SMS-y”. Przerwał, przełykając ślinę. „Miała nagrania audio z apartamentu na ostatnim piętrze.”
Nagrania audio wylądowały niczym fizyczny pocisk moździerzowy w samym środku pokoju.
Ponieważ dokładnie dwa tygodnie temu, kiedy Adrian uparcie nalegał na wykorzystanie apartamentu Crestview Penthouse – nieruchomości należącej wyłącznie do funduszu powierniczego mojej rodziny – na swój „prywatny wieczór kawalerski”, nabrałem podejrzeń co do alarmu o nieautoryzowanym dostępie do mojego gabinetu na parterze. Po cichu zezwoliłem systemowi bezpieczeństwa budynku na przechowywanie wszystkich wewnętrznych nagrań audio przez czterdzieści osiem godzin.
Mikrofony uchwyciły każdą sromotną sylabę. Uchwyciły Vanessę okrutnie kpiącą z mojej przysięgi małżeńskiej. Uchwyciły Adriana skrupulatnie omawiającego sformułowanie klauzuli o niezdolności do pracy z przyczyn medycznych. Uchwyciły ich kłótnię, przy brzęku drogiej szkockiej mojego ojca, o to, ile dokładnie czasu muszą odczekać, zanim publicznie ogłoszą swój „tragiczny, ale piękny” związek po moim zaaranżowanym załamaniu.
Trzy miesiące, Vanes