„Jest teraz przypięta w foteliku samochodowym i ma na sobie sukienkę, po którą jechaliśmy do trzech różnych miast. Ma na sobie stokrotki. Nie mówiła o niczym innym od stu dwudziestu dni”.
„Wiem, kochanie, i bardzo mi przykro”. Twarz mojej mamy zmarszczyła się, choć jej wzrok pozostał wyrachowany. „Ryan powinien był do ciebie zadzwonić od razu, gdy to się stało. Ale Madison czuła się niezręcznie z powodu tego wrażenia i to ciągle schodziło na dalszy plan, a… ona ma dopiero sześć lat, Sarah”.
Ciemny, skręcający się węzeł gorąca zapłonął głęboko w moim mostku. To była surowa geneza wściekłości, drapiąca mnie w gardle. „Ona jest sześciolatką, która przez jedną trzecią roku wlokła nogi korytarzem, żeby nie zawstydzić wujka. Chciała być dla niego idealna”.
Mama spojrzała na mnie i to, co zobaczyłam w jej oczach, to nie było poczucie winy. To była determinacja. To był wyczerpujący, znajomy wyraz kogoś, kto pogodził się już ze zdradą i tupie nogą, czekając, aż ofiara to przełknie.
„To ślub Madison” – powiedziała mama, a jej ton stwardniał. „To jej dzień i chce, żeby ludzie idący do ołtarza czuli się jak jej rodzina”.
To zdanie – jej rodzina – uderzyło mnie jak fizyczny cios. Jakby moja córka, siostrzenica Ryana z krwi i kości, była rekwizytem. Jakbym była obcą osobą wynajmującą miejsce.
„A kim właściwie jesteśmy?” Zapytałam, ledwie słyszalnym szeptem.
„Sarah”. Wpadła w specyficzny, protekcjonalny ton, zarezerwowany na momenty, gdy byłam „trudna”. „Musisz się w to wgryźć i być dla mnie wyrozumiała. Ryan jest zestresowany po uszy. Madison ma hiperwentylację. Dzisiejszy wieczór musi po prostu płynąć gładko. Absolutnie ostatnią rzeczą, jakiej ktokolwiek teraz potrzebuje, jest…”
„Co?” – zapytałam wyzywająco, podchodząc o cal bliżej.
Wytrzymała moje spojrzenie bez mrugnięcia okiem. „Ty, robisz z tego większy problem, niż to konieczne”.
Stałam jak zamrożona na pokruszonym kamieniu. Mdły, słodki zapach kwitnących róż zatykał mi zatoki. Z wnętrza gospody dobiegał stłumiony, elegancki dźwięk kwartetu smyczkowego. Zmusiłam się do wciągnięcia duszącego powietrza. Jeden bolesny wdech. Jeden drżący wydech.
„Dobrze” – powiedziałam, a mój głos był upiornie spokojny.
„Dobrze?” Wyciągnęła wypielęgnowaną dłoń w stronę mojego przedramienia.
Cofnęłam się, gwałtownie cofając. „Wejdę do środka, kiedy będę miała czas. Daj mi minutę”.
Skinęła szorstko głową, wahając się przez ułamek sekundy, jakby rozważała przeprosiny, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła za ciężkimi drzwiami do ogrodu. Zostałam zupełnie sama. Złote światło godziny tańczyło okrutnie na powierzchni odległego jeziora. Przycisnęłam drżące palce do piersi, desperacko próbując powstrzymać klatkę piersiową przed rozpadnięciem się na kawałki.
Muszę wrócić do tego samochodu, uświadomiłam sobie, a horror zalał mnie niczym lodowata woda. Muszę pójść i spojrzeć na moją córeczkę i złamać jej serce.
Rozdział 3: Liczenie białych kamieni
Wlokłam się z powrotem po obwodzie posiadłości. Derek kucał w żwirze przy zderzaku naszego sedana, wskazując Emmie coś mikroskopijnego. Naśladowała jego postawę, jej tiulowa spódnica otulała kolana, całkowicie pochłonięta.
Kiedy mój cień padł na nich, oboje podnieśli wzrok.
Derek potrzebował niecałej pół sekundy, by odczytać rozpacz wypisaną na mojej twarzy. Nie stracił ani chwili. „Hej, Em” – powiedział gładko, utrzymując lekki ton. „Czy możesz mi zrobić ogromną przysługę? Potrafisz policzyć, ile tych gładkich, białych kamieni znajdziesz na tym skrawku ziemi? Założę się, że nie znajdziesz dziesięciu”.
Emma natychmiast przyjęła wyzwanie, wpatrując się w ziemię. Derek wstał, pokonując dzielący nas dystans dwoma długimi krokami.
„Co się stało?” – zapytał, a jego głos zniżył się do niskiego dudnienia.