
Cisza po krzyku była dziwna, lepka. Wydawało się, że nawet stare zegary na ścianie stanęły w miejscu. Klara stała nieruchomo, nie oddychając. W głowie szum, a w piersi — nie wiadomo, strach czy ulga. Izabela odwróciła się, ciężko opierając dłonie na oparciu krzesła. — Nie chcę już tego słuchać — powiedziała, patrząc w stronę okna. — Wstyd mi za was oboje. Oliwier głośno westchnął i z trudem zwrócił się do matki: — Mamo, mam dość wybierania. Za każdym razem zamieniasz nasze przyjście w sąd. Izabela uśmiechnęła się krzywo: — Sąd? Nie, Oliwierze. To nie sąd. To próba otworzenia ci oczu. Ona cię zniszczy — tak, jak zniszczyła samą siebie. Klara nie wytrzymała. — Przestań mówić o mnie, jakby mnie tu nie było! — wykrzyknęła. — Starałam się! Gotowałam, pracowałam, znosiłam wszystko! A wy… — Znosiłaś? — przerwała jej Izabela. — Od kogo niby? Od nas? Śmieszne! Anna, stojąca dotąd z boku, ściskała filiżankę tak mocno, że pobielały jej palce. — Mamo… — zaczęła, lecz Izabela ją uciszyła. — Milcz. Klara poczuła, jak wszystko w niej pęka. Odwróciła się do Oliwiera: — Jeśli nie potrafisz mnie obronić — przynajmniej nie milcz. Oliwier spojrzał na nią, zdezorientowany. — Klara, ja po prostu… chciałbym, żebyśmy wszyscy się uspokoili. — Czasem spokój oznacza odejście — odpowiedziała chłodno. Podniosła puste pudełko po torcie, teraz już symbol pustki między nimi, i ruszyła w stronę drzwi.