W sali przygotowawczej panowała cisza. Umyłam ręce, rytualne szorowanie uziemiło mnie. Palec do łokcia. Szorowanie. Płukanie. Powtórzenie.
Mój telefon zawibrował na metalowej tacy. SMS od Richarda.
Richard: Utknąłem dziś do późna na spotkaniach, kochanie. Fuzje to koszmar. Nie czekaj. Kocham cię.
Wpatrywałam się w ekran. Nie był na spotkaniu. Prawdopodobnie był w barze albo hotelu, czekając, aż obudzi się jego „awans”.
Spojrzałem przez okienko obserwacyjne. Chloe leżała na stole, znieczulenie już działało. Jej oczy trzepotały i zamykały się. Wyglądała spokojnie. Niewinnie.
Ale niewinność to działanie, nie spojrzenie. A ona wybrała przemoc.
Wszedłem na salę operacyjną. Światła były jasne, nie rzucając cieni.
Wziąłem marker. Zazwyczaj kieruję się złotym podziałem – fi, boską proporcją. Mierzę odległości co do milimetra, aby stworzyć obiektywne piękno.
Dziś podążałem za liniami mojej własnej pamięci.
Pochyliłem się nad nią śpiącą. Obrysowałem grzbiet jej nosa. Był prosty, uroczy. Narysowałem linię, aby zaznaczyć odchylenie – lekkie wypukłość, zupełnie jak moja. Obrysowałem linię jej żuchwy. Była miękka. Zaznaczyłem ją do redukcji, do wyostrzenia, aby pasowała do surowości mojego własnego profilu.
Przestałem patrzeć na nią jak na pacjentkę. Była gliną. Była surowym materiałem.
Przez sekundę moja ręka zadrżała. To był błąd w sztuce lekarskiej. To było okaleczenie. To był koniec mojej kariery, gdyby ktokolwiek się dowiedział.
Ale potem przypomniałem sobie zdjęcie. Wiedźma.
I przypomniałem sobie kartę kredytową.
„Chciałaś zająć moje miejsce” – wyszeptałem w ciszy pokoju. „I tak zrobisz”.
„Skalpel” – powiedziałem do pielęgniarki.