Rozdział 1: Grobowiec ze szklanymi ścianami
Kiedyś wierzyłem, że cisza jest dźwiękiem spokoju. W pełnym ryzyka, drapieżnym świecie międzynarodowych przejęć korporacyjnych, spędzałem dni, nawigując wśród zgiełku sal konferencyjnych i grzmotu dzwonów zamykających obrady. Moje życie było serią matematycznych pewników, światem, w którym często wygrywał ten najgłośniejszy, a najcichszy liczył już swoje zyski. Kiedy wróciłem do naszego domu – rozległego, wartego 12 milionów dolarów sanktuarium ze szklanymi ścianami, położonego na wzgórzach Westchester – tęskniłem za ciszą. Myślałem, że cisza naszego domu jest świadectwem bezpieczeństwa, jakie zbudowałem dla mojej żony Eleny i naszego nowo narodzonego syna, Leo.
Byłem głupcem. Spędziłem karierę na identyfikowaniu „ukrytych zobowiązań” w wielomiliardowych transakcjach, a mimo to byłem całkowicie ślepy na bankructwo własnej duszy. Nie zdawałem sobie sprawy, że cisza nie jest spokojem; To była dusząca zasłona, próżnia, w której prawda umierała.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy Elena stała się widmem dawnej siebie. Kiedyś błyskotliwa, bystra architektka, której projekty słynęły z „bezkompromisowej siły”, teraz była kobietą o zapadniętych oczach i szepczących przeprosinach. Była „zmęczona”, jak mówiła. To „zmęczenie poporodowe”, sugerowali specjaliści. Ale widziałam, jak drżały jej ręce, gdy sięgała po szklankę wody. Widziałam, jak patrzyła na moją matkę, Marthę Vance, z uległością graniczącą z pierwotnym przerażeniem.