“Nie”.
“Chcesz pić?”
“Nie”.
Wiedziałam, że trzeba dać mu spokój. Ale potrzebowałam, żeby wyszedł. Żeby coś zjadł. Żeby ten dzień jakoś się skończył. Byłam zmęczona. Zła na Edytę, na szkołę, na mamę, na siebie, nawet na ten kocyk, który leżał teraz na kaloryferze i pachniał nie tak.
“Leon, proszę. Ja też już nie mogę”.
Spod stołu powiedział:
“Marta głośno”.
Wyczołgiwałam się, uderzyłam czołem o kant stołu i usiadłam na podłodze.
I wtedy pękłam.
Płakałam brzydko. Nie cicho. Nie ładnie. Ze smarkami, z zaciśniętym gardłem, z ręką na twarzy. Było mi wstyd przed synem, ale nie mogłam przestać.
Leon nie wyszedł od razu. Potem spod stołu pojawiła się jego ręka.
Położył mi na kolanie triceratopsa.
“Róg złamany” — powiedział.
Wytarłam twarz rękawem.
“Wiem”.
“Ale stoi”.
I tyle.
Trzy słowa. Nie przytulił mnie. Nie powiedział, że mnie kocha. Po prostu dał mi złamanego dinozaura i poinformował, że ten stoi.
Trzymałam tę zabawkę w dłoni i płakałam jeszcze mocniej.
Następnego dnia wezwano mnie do dyrektora.
W gabinecie siedzieli dyrektor, pan Andrzej, pani Iwona, pani Klara i Edyta.
Edyta miała jasny sweter, zadbane paznokcie, telefon na kolanach ekranem w dół. Siedziała tak, jakbym to ja miała przepraszać.
Nawet nie usiadłam.
“Dlaczego jest tutaj Edyta?”
Dyrektor złożył ręce na biurku.
“Przyszła jako przedstawicielka grupy rodziców”.
“Tej grupy, która omawia mojego syna w osobnym czacie?”
Edyta spokojnie powiedziała:
“Marta, bez ataków. Wszyscy jesteśmy zmęczeni”.
Wyjęłam z torebki czerwony gwizdek, rozwinęłam chusteczkę i położyłam go na biurku.
“Ja też jestem zmęczona. Od tego się zaczęło”.
Edyta spojrzała na gwizdek i od razu odwróciła oczy.
“Szymon jest dzieckiem. Nie chciał źle”.
“Leon też jest dzieckiem”.
“Ale to pani syn popchnął krzesło”.
“Po tym, jak pani syn zagwizdał mu przy uchu”.
Dyrektor wtrącił:
“Marto, nie spotkaliśmy się po to, żeby wzajemnie się oskarżać. Jest niepokój rodziców. Musimy pomyśleć, jakie środowisko edukacyjne będzie najbardziej korzystne dla Leona”.
Spojrzałam na niego.
“Chce pan powiedzieć, że trzeba go przenieść?”
“Mówię, że należy rozważyć różne rozwiązania”.
“Mówi pan ostrożnie, żeby to nie brzmiało jak ‘usunąć go’”.
Pani Iwona cicho powiedziała:
“Marto…”
“Nie. Państwo już sobie porozmawiali beze mnie”.
Wyjęłam wydruki czatu i położyłam obok gwizdka.
Edyta gwałtownie pochyliła się do przodu.
“To prywatna korespondencja”.
“O moim dziecku”.
“Nie miała pani prawa tego drukować”.
“Nie miała pani prawa pisać, że jego miejsce jest w psychiatryku”.
Pani Klara wzięła kartki. Przeczytała kilka zdań na głos. O “bez Marty”. O “zanim kogoś skrzywdzi”. O serduszkach.
Dyrektor poczerwieniał. Chyba nie ze wstydu. Raczej dlatego, że to teraz leżało na biurku, a nie chowało się w telefonie.
Edyta powiedziała:
“Mojego syna też można zrozumieć. Przestraszył się. Płakał”.
Zapytałam:
“Płakał po tym, jak zagwizdał?”
“Robi pani z niego potwora”.
“Nie. Nazywam to, co zrobił. A z mojego już zrobiliście zagrożenie”.
W gabinecie zrobiło się cicho.
Pani Klara położyła dłoń na biurku.
“Fakty są takie. Kocyk Leona został zabrany bez jego zgody i wrzucony do worka ze ścierkami. Następnie Szymon zagwizdał Leonowi przy uchu. Leon zerwał się, krzesło upadło. Nikomu nic się nie stało. Potem część rodziców założyła czat bez matki Leona, na którym omawiano usunięcie go z klasy i używano obraźliwych określeń. Szkoła wiedziała, że napięcie narasta, ale nie zareagowała w porę”.
Pani Iwona zakryła twarz dłonią. Chyba płakała.
Nie było mi jej żal. Może to brzydkie. Ale wtedy nie było.
Edyta skrzyżowała ręce.
“Czyli teraz winna jest tylko moja rodzina?”
Odpowiedziałam:
“Nie. Ale o psychiatryku napisała pani”.
Spojrzała w stronę okna.