„Gdzie pracowała?”
Mariana spuściła wzrok.
„Przez wiele lat była pielęgniarką”.
„W którym szpitalu?”
„San Gabriel”.
Víctor spiął się.
Ja też.
Szpital San Gabriel był pierwszym miejscem, do którego zabrano Elenę po ataku. Dwa miesiące później spłonął magazyn administracyjny i zniknęło kilka akt.
„Czy twoja matka była tam w noc śmierci mojej żony?”
Mariana przełknęła ślinę.
„Tak”.
Słowa uderzyły jak strzał w kościół.
„A dlaczego przyszłaś do pracy w moim domu?”
Mariana uniosła twarz. Była przestraszona, ale nie tchórzliwa.
„Bo zanim umarła, moja matka zaczęła opowiadać o rannej kobiecie, która poprosiła ją o ochronę małej dziewczynki. Powiedziała, że ktoś będzie szukał srebrnej jaskółki. Po jej pogrzebie dwóch mężczyzn włamało się do jej mieszkania, szukając dokumentów. Potem samochód zaczął jechać za Lupitą i mną”.
„I myślałaś, że mój dom jest bezpieczny?”
„Myślałam, że nikt nie odważy się mnie tu szukać”.
Nie mogłam jej zaprzeczyć.
Lupita, która siedziała na kanapie obok Walentyny, uniosła rękę.
„Babcia ukryła ptaszka w białej ścianie”.
„Której ścianie?” zapytała Mariana.
„W tej z małymi kwiatkami”.
Mariana zamarła.
„W kuchni mojej matki na ścianie były namalowane kwiaty”.
Tego wieczoru poszliśmy do mieszkania Teresy, na starej ulicy w dzielnicy Portales. Mariana zostawiła Lupitę z Valentiną, ale kiedy dotarliśmy do budynku, odkryliśmy, że dziewczyny schowały się w ciężarówce Víctora.
Valentina była blada, wyczerpana, ale stała, trzymana za rękę przez Lupitę.
„Przeszłam cztery kroki” – powiedziała, uśmiechając się przez łzy.
O mało nie zemdlałam.
„Nigdy więcej tego nie rób” – powiedziałam, przytulając ją.
„Musiałam przyjść. Mama pokazała mi niebieskie drzwi”.
W mieszkaniu Víctor znalazł zardzewiałą puszkę za luźną listwą w białej kuchni z kwiatami. W środku znajdowała się legitymacja ze szpitala San Gabriel, pocięte dokumenty, mosiężny klucz z numerem 317 i zdjęcie.
Na tym zdjęciu Elena była żywa.
Miała siniaki na twarzy, bandaż na czole i koc na ramionach. Obok niej leżała Teresa Salgado. Data wydrukowana na zdjęciu wskazywała trzy dni po jej domniemanej śmierci.
Mariana usiadła, jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
„To niemożliwe”.
Na odwrocie zdjęcia widniał napis napisany ręką mojej żony:
Rafael pewnie myśli, że nie żyję.
Nie mogłem oddychać.
Potem Mariana znalazła pół listu.
„Tereso, jeśli dowie się, że przeżyłem, będzie mnie szukał. A jeśli będzie mnie szukał, podążą za nim do Walentyny. Rafael nigdy się nie zatrzymuje, nawet gdy zatrzymanie się jest jedynym sposobem na miłość…”
Dolna część była wyrwana.
Walentyna drżącą ręką wskazała na klucz.
„To otwiera pokój 317”.
„Skąd to masz?” zapytałem.
„Mama powiedziała mi we śnie”.
Víctor wziął klucz.
„Ze szpitala?”
Walentyna pokręciła głową.
„Nie. To dom z dzwonkami. Niebieskie drzwi. Tam jest kobieta, która pamięta”.
Mariana wstała bardzo powoli.
„Casa Santa Cecilia”.
„Co to jest?”
„Stary dom dla emerytowanych pielęgniarek. Moja mama tam pomagała. Obok była kaplica”.
Víctor sprawdził telefon.
„Zamknięto go dwa lata temu. Kupiła go prywatna fundacja”.
„Która?”
Víctor przeczytał nazwę i zbladł.
„Fundacja Eleny”.
Nigdy nie zakładałem fundacji w imieniu mojej żony.
A potem zadzwonił telefon Mariany.
To był telefon z rezydencji.
Odebrała, a jej twarz posmutniała.
„Proszę pana… do domu właśnie przyjechała kobieta. Strażnicy mówią, że zna stare hasło pani Eleny”.
Wyrwałem jej telefon.
„Gdzie ona jest?”
„W salonie” – powiedział pracownik, płacząc. „Z małą Valentiną”.