Ojciec siedział przy moim stole, w moim domu, jadł zupę, którą sama ugotowałam, i nagle powiedział: „Ten dom bardziej przydałby się Markowi. On ma dzieci”.

Stałam w kuchni z talerzem w ręku.
Nie krzyknęłam. Nie rzuciłam niczym. Nawet nie odłożyłam tego talerza.
Tylko patrzyłam, jak Halina, druga żona mojego ojca, przesuwa palcem po moim blacie kuchennym, jakby już sprawdzała, gdzie postawi swoje słoiki z przyprawami.
Byli u mnie 20 minut.
20 minut wystarczyło, żeby zaczęli dzielić moje życie.
Ten dom stoi pod Łodzią. Nie żaden pałac. Zwykły, stary dom z małym ogrodem, który sama remontowałam po pracy. Sama spłacałam kredyt. Sama malowałam ściany, kiedy nie było pieniędzy na fachowców.
A oni siedzieli przy moim stole i mówili o nim tak, jakby tylko chwilowo był zapisany na mnie.
— Nie rób takiej miny, Baśka — powiedział ojciec. — Ty zawsze umiałaś żyć skromnie.
To było jego zdanie.
Słyszałam je od dziecka.
Kiedy mama zmarła, miałam 13 lat. Ojciec powiedział, że po niej zostały tylko długi. Mieszkanie na Bałutach podobno trzeba było sprzedać, bo inaczej bank zabrałby wszystko.
Uwierzyłam.
Co ja mogłam wiedzieć w wieku 13 lat o spadku, księdze wieczystej, notariuszu i podpisach?
Zamieszkałam u ojca. Z nim, z Haliną i z Markiem, jej synem z pierwszego małżeństwa.
Marek dostawał nowe kurtki. Ja chodziłam w jego starych bluzach. Marek miał swoje biurko. Ja odrabiałam lekcje przy kuchennym stole, jeśli akurat nikt nie jadł. Kiedy prosiłam o coś dla siebie, Halina mówiła:
— Bądź wdzięczna, że masz dach nad głową.
I ja byłam wdzięczna.
Tak mnie nauczyli.
Marek odsunął talerz i rozejrzał się po salonie.
— No powiedz sama, po co ci tyle miejsca? Sama jesteś. My z dziećmi gnieździmy się w 2 pokojach.
— Macie swoje mieszkanie — powiedziałam.
— Ciasne — rzucił. — A dzieci rosną.
Halina otworzyła jedną z moich szafek.
Spojrzałam na nią.
— Proszę tego nie ruszać.
Odwróciła się urażona.
— My nie jesteśmy obcy.
To zabolało bardziej niż krzyk.
Bo obcy człowiek nie zabrałby rzeczy po mojej matce. Obcy człowiek nie powiedziałby 15-letniej dziewczynie, że nowa sukienka to fanaberia. Obcy człowiek nie kazałby mi dziękować za resztki.
Usiadłam przy stole.
Na półce przy oknie stał kubek mamy. Biały, w niebieskie kwiatki. Jedyna rzecz, którą udało mi się wynieść z jej mieszkania. Wtedy schowałam go do plecaka, kiedy Halina pakowała ręczniki i pościel do worków.
Ojciec zobaczył, gdzie patrzę.
— Nie zaczynaj znowu o matce — powiedział. — Ona też chciałaby, żebyś pomogła rodzinie.
Powoli odstawiłam talerz.
— Mama zostawiła mi mieszkanie.
Zrobiło się cicho.
Marek przestał stukać palcem w szklankę.
Ojciec podniósł głowę.
— Co ty wygadujesz?
— Mieszkanie po mamie nie poszło na żadne długi. Zostało sprzedane z moim podpisem. Tylko że ja miałam wtedy 13 lat i niczego nie podpisywałam.
Halina zesztywniała.
Marek zaśmiał się krótko.
— Znowu te twoje papiery? Za długo siedzisz przy prawnikach.
Tak. Siedziałam.