Na metce kwiaciarni widniała dokładna liczba.
Uniosłam ją w dwa palce i przeczytałam ponownie, jakby liczba mogła się zmienić, gdybym patrzyła wystarczająco długo.
Sto żółtych róż.
Okrągła liczba powinna dawać romantyczne wrażenie. Wspaniałe. Celowe, w słodki sposób, w jaki ludzie planują rocznice czy urodziny. Ale moje urodziny były jeszcze za kilka miesięcy. Nasza rocznica już minęła.
A Daniel, pomimo wszystkich swoich zalet, nie był typem człowieka, który „sto róż bez powodu”.
Był troskliwy, owszem.
Ekstrawagancki, nie.
Stałam tam, gapiąc się na nie.
Żółte róże nigdy nie miały jednego znaczenia. Niektórzy kojarzą je z przyjaźnią. Inni z zazdrością.
Reklama
A w niektórych kulturach symbolizują pożegnanie.
Ostateczne pożegnanie.
Myśl przyszła mi tak wyraźnie, że odsunęłam się od stołu.
„Przestań” – szepnęłam do siebie.
Ale niepokój już wkradł się do pokoju.
Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do męża.
Zadzwonił.
I zadzwonił.
Reklama
Potem włączyła się poczta głosowa.
Zmarszczyłam brwi. Daniel był zajęty podczas podróży służbowych, ale zazwyczaj odbierał, jeśli mógł. Jeśli nie, to szybko oddzwaniał.
Wysłalam SMS-a.
„Wysłałeś mi kwiaty?”
Czekałam, wpatrując się w ekran.
Nic.
Minęła minuta.
Potem pięć.
Reklama
Potem dziesięć.
Brak odpowiedzi.
Zadzwoniłam ponownie.
Brak odpowiedzi.
W tym momencie róże przestały mi się podobać. Wyglądały na zbyt jaskrawe. Zbyt ułożone. Zbyt dorodne.
Powoli obeszłam stół w jadalni, przyglądając się im z każdej strony. Może przesadzam. Może Daniel był na spotkaniu. Może wybrał żółte, bo zasugerowała je kwiaciarnia. Może 100 to była jakaś oferta pakietowa.
Mimo to czułam chłód w palcach.
Wtedy zauważyłam coś dziwnego.
Bukiet nie był ułożony losowo.
Reklama
Kilka róż na środku było ułożonych w różnych miejscach.
Niemal jakby ktoś celowo je tam umieścił.
Pochyliłam się bliżej.
Zewnętrzne kwiaty były pełne i otwarte, ułożone pod kątem na zewnątrz w schludny, okrągły wzór. Ale bliżej środka kilka łodyg opadało niżej, z lekko pochylonymi główkami. Nie na tyle, żeby większość ludzi to zauważyła. Wystarczyło mi.
Zaciekawiona, zaczęłam liczyć.
Dziesięć rzędów po dziesięć.
Liczyłam raz, potem drugi, delikatnie dotykając każdego kwiatu, gdy się między nimi przesuwałam.
Dziesięć rzędów po dziesięć.
Z tym wyjątkiem, że jeden rząd nie był całkowicie żółty.
Jedna róża w pobliżu środka miała maleńką czerwoną plamkę ukrytą pod płatkiem.
Na początku myślałam, że to skaza.
Reklama
Może siniak. Może barwnik z innego kwiatu. Delikatnie uniosłam płatek opuszkiem palca.
Czerwona plamka była mała, ale celowa.
Zaparło mi dech w piersiach.
Potem znalazłam kolejną.
I kolejną.
Były dokładnie trzy.
Trzy róże z plamkami.
Żołądek mi ścisnął.
Zapomniałam o nieodebranych telefonach. Zapomniałam o świetle słonecznym na stole i kubku z kawą wciąż stojącym przy zlewie. Przez chwilę słyszałam tylko swój oddech.
Trzy zaznaczone róże.
Widziałam już ten wzór.
Lata temu.
Reklama
Wspomnienie poruszyło się, stare i niechciane, jak coś pogrzebane pod podłogą, nagle drapiące, by się wydostać.
Ręce zaczęły mi drżeć.
„Nie” – powiedziałam na głos, ale w moim głosie zabrakło siły.
Znowu chwyciłam za telefon. Tym razem nie dzwoniłam do Daniela.
Zadzwoniłam na policję.
Dyspozytorka zapytała o moje imię i nazwisko, adres i o to, co się stało. Starałam się wyjaśnić, nie brzmiąc przy tym szaleńczo.
„Do mojego domu dostarczono bukiet” – powiedziałam, ściskając krawędź stołu. „Sto żółtych róż. Żadnej kartki. Żadnego podpisu. Tylko moje imię i nazwisko”.