Nazwisko przewijało się w pamięci Don Juliana niczym cień, lecz nie potrafił go rozpoznać.
—A skąd pochodzi Marisol Aldama?
Zajęło jej to sekundę, zanim odpowiedziała.
—Z San Bartolo. Ale tam już nic nie mieliśmy.
—A ojciec dzieci?
Twarz Marisol zamknęła się.
—Nie ma ojca.
Don Julián zsiadł z konia. Nie wiedział, po co to robi. Łatwiej byłoby wydać rozkazy z góry, kazać im odejść, zawołać Tomása i załatwić sprawę przed śniadaniem. Ale coś w wizji kobiety wbijającej ręce w ziemię powstrzymało go przed zachowaniem szefa.
Podszedł do gałęzi.
—Te drzewa oliwne nie są pospolite.
Marisol spojrzała na niego zaskoczona.
—Nie. To stara odmiana. Prawie nikt już o niej nie wie.
—Skąd je masz?
—Od mojej babci. Opiekowała się nimi przez całe życie. Potem moja matka. Teraz ja.
Dziewczyna zrobiła krok naprzód.
—Czy jesteś właścicielem tego wszystkiego?
-Tak.
—Wyrzucisz nas?
Don Julián otworzył usta, ale nie odpowiedział. Spojrzał na kobietę, potem na dzieci, a potem na opuszczoną ziemię.
„Wciąż nie wiem” – powiedział w końcu.
Ponownie wsiadł na konia i odjechał, nie oglądając się za siebie. Ale gdy wracał na ranczo, pytanie dziewczyny utkwiło mu w pamięci jak cierń: „Czy on nas przegoni?”.
Tomás czekał na niego przy bramce.
—Widziałeś ją, szefie?
—Widziałem ją.
„Ta kobieta nie ma prawa tam być. Jeśli chcesz, porozmawiam jutro z komisarzem. Wyciągniemy ją za dwa dni”.
-NIE.
Tomás zmarszczył brwi.
—Co masz na myśli mówiąc nie?
—Nie wyjmuj.
Brygadzista, zaniepokojony, spuścił wzrok.
—Don Julián, ta kotlina to nie jest byle jaki kawałek ziemi.
—Co w tym złego?
—Stare rzeczy.
—Więc mów do mnie wyraźnie.
Tomas zacisnął usta.