„Bardzo chętnie” – odpowiedział.
Przysunęłam krzesło dla gości bliżej jego łóżka i usiadłam. Na początku niewiele rozmawialiśmy. Głównie zadawał mi pytania. Skąd pochodzę? Co sprawiło, że chciałam zostać pielęgniarką? Czy mam rodzinę w pobliżu?
Odpowiadałam szczerze, jak zawsze, opowiadając o rodzicach mieszkających trzy godziny drogi stąd, o tym, jak przeprowadziłam się do miasta na studia i skończyłam pracując na nocki, żeby opłacić czesne.
„To wymaga odwagi” – powiedział.
„To wymaga desperacji” – poprawiłam, śmiejąc się lekko.
„Czasami to jedno i to samo” – odpowiedział pan Carter.
W ciągu następnych kilku tygodni przyzwyczaiłam się do spędzania z nim czasu.
Inne pielęgniarki oczywiście to zauważyły. Zostawałem po skończeniu zmiany, czasem na 30 minut, czasem dłużej.
Przynosiłem mu kawę z pokoju socjalnego, kiedy nie mógł spać. Graliśmy w szachy na szachownicy, którą kazał mi przynieść z mieszkania.
Za każdym razem mnie wygrywał, ale ja się uczyłem.
Opowiadał mi historie ze swojego dzieciństwa, o podróżach do miejsc, o których nigdy nie słyszałem, i o prowadzeniu firmy przez 50 lat przed emeryturą.
„Dlaczego nikt cię nie odwiedza?” – zapytałem go pewnej nocy.
Przez dłuższą chwilę milczał.
„Ludzie są zajęci” – powiedział w końcu. „Mają własne życie”.
Ale w jego głosie było coś jeszcze – coś głębszego i zranionego. Nie naciskałem.