„Wiedziałam, że nas nie zawstydzisz”.
Claire w końcu spojrzała na nią.
„Mylisz się, Hélène. Dziś wieczorem ktoś będzie zawstydzony. Ale to nie będę ja”.
Julien odwrócił głowę, oszołomiony.
„Claire…”
Wstała, zanim terminal w ogóle wrócił. Kiedy kelner się pojawił, wpisała PIN, wzięła paragon, położyła serwetkę na stole i spojrzała na męża.
„Dzięki, kochanie” – mruknął z bezzębnym uśmiechem. „Oddam ci”.
Wpatrywała się w niego z lodowatą czułością.
„Nie. Nie oddasz mi”.
Potem chwyciła płaszcz i wyszła z restauracji.
Na zewnątrz paryskie powietrze było rześkie, wręcz ostre. Bruk wciąż lśnił po wcześniejszym deszczu. Claire nie płakała. Nie drżała. Szła do samochodu z precyzją kobiety, która wie, że dotarła do końca długiej drogi.
Na siedzeniu pasażera jej telefon już wibrował. Julien. Z drugiej strony. Zignorowała go, otworzyła służbową pocztę i ponownie przeczytała szkic, który przygotowała dwa tygodnie wcześniej, ten, którego nigdy nie odważyła się wysłać. Od sześciu miesięcy ostrzeżenia w sprawie Juliena piętrzyły się: