
Po rozwodzie zostałam z kredytem i kawalerką w Sosnowcu. Były mąż wyjechał do Irlandii. Przez osiem lat nie zapłacił ani złotówki alimentów. W zeszłym miesiącu córka wstawiła na Instagram zdjęcie z nim z Barcelony. Podpis: “Najlepszy tata na świecie”
Scrollowałam Instagrama w łóżku, bo nie mogłam zasnąć. Dwudziesta trzecia, za oknem cisza, jutro poniedziałek i faktura za prąd do zapłacenia. Kciuk przesuwał zdjęcia, jedno za drugim – koleżanki z pracy, reklama kremu, czyjeś wakacje. I nagle stanął.
Ola na tle morza. Opalona, uśmiechnięta, w żółtej sukience, którą jej kupiłam na osiemnastkę. Obok niej mężczyzna w lnianej koszuli, trzymający ją za ramię. Janusz. Podpis pod zdjęciem: “Najlepszy tata na świecie” i serduszko.
Odłożyłam telefon na szafkę. Potem wzięłam go z powrotem. Potem znowu odłożyłam. Leżałam na plecach i patrzyłam w sufit kawalerki, w której mieszkam od ośmiu lat – dwadzieścia osiem metrów kwadratowych, kredyt, który spłacam sama, i ściana tak cienka, że słyszę, jak sąsiad z góry chrapie.
Janusza poznałam na zabawie sylwestrowej w dziewięćdziesiątym ósmym. Miał dwadzieścia pięć lat, pracował jako mechanik w warsztacie swojego wujka i potrafił rozśmieszyć każdego przy stole. Ja miałam dwadzieścia trzy lata i robiłam właśnie kurs księgowości, bo mama powtarzała, że kobieta musi mieć zawód, z którego się utrzyma. Prorocze słowa, jak się okazało.
Pobraliśmy się w dwutysięcznym. Ola urodziła się rok później. Przez kilka lat było normalnie – takie zwyczajne polskie życie na osiedlu w Sosnowcu. Janusz pracował, ja pracowałam, Ola chodziła do przedszkola, potem do szkoły. Nie było bogato, ale jakoś ciągnęliśmy. Wspólny kredyt na mieszkanie, wakacje nad Bałtykiem raz na dwa lata, pierogi u teściowej w niedzielę.
Problemy zaczęły się powoli, jak to zwykle bywa. Janusz stracił pracę, kiedy wujek zamknął warsztat. Potem była następna praca i następne zwolnienie. Zaczął pić – nie dużo, ale regularnie. Wieczorami siedział przed telewizorem z piwem i mówił, że go tu nic nie trzyma. Że w tym kraju nie da się żyć. Że znajomy wyjechał do Irlandii i zarabia trzy razy tyle.
Nie trzymało go tu nic. Córka w podstawówce, żona, mieszkanie – to wszystko było “nic”.
Rozwód przeszedł szybko, bo nie było się o co kłócić. Znaczy – było, ale Janusz nie kłócił się, bo już był jedną nogą w samolocie. Sąd zasądził alimenty – nie pamiętam dokładnie ile, ale wystarczająco, żeby pomóc z kredytem i ubraniami dla Oli. Janusz wyjechał w marcu. Pierwszy przelew miał przyjść w kwietniu.
Kwiecień, maj, czerwiec. Cisza. Telefon nie odpowiada, wiadomości bez odczytania. Napisałam do jego matki. Powiedziała, że Janusz sobie radzi, ale ma ciężko i żebym dała mu spokój. Żebym dała spokój. Jakby to ja zrobiła coś złego.