Zjadłam dwa talerze. Potem umyłam garnek, postawiłam pod jej drzwiami i nakryłam talerzem z karteczką: “Dziękuję. R.” Nie zapukałam. Nie umiałam.
Następnego dnia garnek stał znowu. Tym razem grochówka. Potem krupnik. Potem gołąbki w słoiku, z dopiskiem: “Te trzeba odgrzać w piekarniku, 15 min.”
Nie rozmawiałyśmy o tym. Spotykałyśmy się na klatce, Lucyna mówiła – ładna pogoda – albo – w sklepie mieli truskawki, sezon się zaczyna. Ja mówiłam – dziękuję. Ona kiwała głową. I tyle.
To trwało trzy miesiące. Czasem garnek, czasem słoik, czasem foliowy pojemnik z kotletami i surówką. Zawsze z karteczką, zawsze podpisane jedną literą. Nigdy nie zapukała i nie powiedziała – muszę porozmawiać – albo – jak się czujesz. Nigdy nie pytała o Grzegorza, o dzieci, o pieniądze. Nigdy nie zaglądała w moje okno, żeby sprawdzić, czy światło się pali. A przynajmniej ja tego nie zauważałam.
Moja córka Patrycja dzwoniła co tydzień. Syn Michał rzadziej, ale pisał wiadomości.
– Mamo, przyjedź do nas na weekend – prosiła Patrycja. – Zmienisz otoczenie.
Nie chciałam zmieniać otoczenia. Chciałam zostać w tym pustym mieszkaniu i nauczyć się w nim żyć. To brzmi dziwnie, ale czułam, że muszę przejść przez tę ciszę, a nie od niej uciekać. Lucyna chyba to rozumiała, bo nigdy nie powiedziała – biedna pani, sama w tym mieszkaniu. Dawała mi jedzenie i zostawiała w spokoju.
Po dwóch miesiącach zaczęłam gotować. Najpierw dla siebie – proste rzeczy. Makaron z warzywami, jajecznica na kolację, racuchy na śniadanie w sobotę. Potem kupiłam nowe garnki na wyprzedaży w Biedronce. Potem odkręciłam drzwi do trzeciego pokoju i postawiłam tam doniczkę z paprotką.
A potem – zrobiłam rosół.
Stałam nad tym garnkiem jak nad czymś ważnym. Marchewka, pietruszka, seler, kawałek kurczaka. Dodałam lubczyk, bo Lucyna w jednej z kartek napisała kiedyś: “Lubczyk ratuje każdą zupę.” Kiedy rosół był gotowy, nalałam do słoika, nakryłam go i zaniosłam pod jej drzwi. Na karteczce napisałam: “Rosół. R.”
Lucyna otworzyła drzwi, zanim zdążyłam odejść. Stała w fartuchu, z okularami na czubku głowy, i patrzyła na słoik. Potem na mnie. I powiedziała:
– No to zapraszam do środka, zjemy razem.
Jej mieszkanie było takie jak moje – ten sam rozkład, ale pełne. Pełne roślin na parapetach, zdjęć na komodzie, serwetek na stole. Na ścianie zegar z kukułką, który bił co godzinę. Na półce książki, głównie kryminały i poradniki ogrodnicze.
Siedziałyśmy przy kuchennym stole i jadły rosół. Lucyna pochwalała – dobry, wyrazisty. Ja powiedziałam, że to dzięki lubczykowi. Rozmawiałyśmy o niczym – o targu, o cenach truskawek, o windzie, która znowu stanęła między piętrem a parterem.
A potem ja powiedziałam to, co chciałam powiedzieć od tygodni.
– Lucyno, pani mi uratowała życie. Tymi obiadami. Nie wiem, jak pani dziękować.