Wtedy wstał i spojrzał na mnie w taki sposób, jakbym powiedziała coś niestosownego. Jakby to ja była tą chciwą.
– Jolka, ty masz męża. Masz zakład. Masz dom. Ja zostaję sam, rozumiesz? Kompletnie sam. Mama by chciała, żebym miał chociaż tyle.
Milczałam. Nie dlatego, że się zgodziłam. Milczałam, bo byliśmy w mieszkaniu mamy, która od trzech dni leżała w kostnicy, i nie chciałam się kłócić między jej meblami.
Następnego dnia Krzysiek wrócił sam, z własnym kluczem. Dowiedziałam się od sąsiadki, pani Danuty z trójki, która widziała, jak wynosił torbę podróżną. Kiedy zadzwoniłam, powiedział krótko:
– Zabrałem gotówkę z szafy. Mama miała odłożone w kopercie za pościelą. Kilka tysięcy.
– Krzysiek…
– Jolka, nie zaczynaj. Tobie zostawiam mieszkanie, meble, wszystko. Weź sobie te garnki i serwetki, skoro ci na tym zależy. Ja biorę to, co mogę zabrać. I tak dostaniesz więcej przy spadku.
Rozłączył się. Wojciech widział moją twarz i powiedział tylko:
– Daj mu spokój na razie. Pogadacie, jak emocje opadną.
Ale emocje nie opadły, bo Krzysiek przestał odbierać telefon.
Przez następne dwa tygodnie chodziłam do mieszkania mamy porządkować rzeczy. Sama. Krzysiek nie przyjechał ani razu. Pakowałam talerze w gazetę, składałam pościel, zdejmowałam firany.
Pod łóżkiem znalazłam trzy kartony – podpisane ręką mamy: “Listy”, “Zdjęcia”, “Różne”. W kartonie z listami były koperty z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych – korespondencja mamy z jej siostrą Heleną, która wyjechała do Francji i nigdy nie wróciła. Były kartki urodzinowe ode mnie i od Krzyśka. Był mój rysunek z przedszkola – dom z kominem i dym w kształcie spirali.
Na samym dnie leżała koperta bez adresu. W środku kartka, datowana na trzy miesiące przed śmiercią mamy. Jej pismo, już chwiejne, ale czytelne: