Kiedy stałam w kuchni bez makijażu, bez sił i bez nadziei, on patrzył na mnie jak na zepsuty mebel, który trzeba wreszcie wynieść z domu
— Spójrz na siebie, Marta. Naprawdę spójrz.
Marek rzucił te słowa przez kuchnię tak spokojnie, jakby prosił mnie, żebym podała mu sól.
Stałam przy blacie w wyciągniętej białej koszulce, z włosami związanymi w byle jaki kok, z rękami mokrymi od zmywania i oczami tak ciężkimi, że nawet mruganie bolało. Na kuchence pyrkał rosół dla jego matki. W pralce kończył się program z jego koszulami. Na stole leżały rachunki, których nie miałam odwagi otworzyć, i zeszyt z listą leków teściowej.
Był rok 2024.
Miałam czterdzieści jeden lat, ale czułam się jak kobieta, która przeżyła dwa życia i w żadnym nie odpoczęła.
— O co ci chodzi? — zapytałam, choć już czułam, że ta rozmowa nie zaczęła się dziś.
Marek oparł się o framugę. Był w świeżo wyprasowanej koszuli, pachniał drogimi perfumami, które kupiłam mu na urodziny z pieniędzy odłożonych na dentystę. W dłoni trzymał telefon. Ekran co chwilę rozświetlał się wiadomościami.
Nie musiałam widzieć imienia.
Znałam je.
Klaudia.
Dwudziestopięcioletnia asystentka z jego biura, która „świetnie ogarniała social media”, „miała energię” i „nie robiła z wszystkiego problemu”.
— Chodzi mi o to — powiedział — że ja już nie mogę tak żyć.
Zakręciłam wodę.
Cisza zrobiła się nagle zbyt głośna. Słyszałam tylko tykanie zegara nad lodówką i bulgot z garnka.
— Tak żyć? — powtórzyłam.
— W tym ciągłym zmęczeniu. W twoim zmęczeniu. W tej atmosferze, jakbym za każdym razem, gdy wracam do domu, wchodził do poczekalni u lekarza.
Patrzyłam na niego, próbując zrozumieć, czy on naprawdę mówi o domu, w którym jego matka mieszkała z nami od sześciu miesięcy po udarze. O domu, w którym ja wstawałam o piątej trzydzieści, jechałam do pracy w księgowości, wracałam, gotowałam, myłam, podawałam leki, robiłam zakupy, umawiałam wizyty, płaciłam zaległości po jego „chwilowym kryzysie w firmie” i jeszcze przepraszałam, że wieczorem nie mam siły się uśmiechać.
— Marek — powiedziałam powoli — twoja matka nie chodzi sama do łazienki. Ty nie wiesz nawet, gdzie leży jej karta ubezpieczenia.
Skrzywił się.
— Znowu to samo. Zawsze wyliczanie.
— Bo ja już tylko liczę. Tabletki. Godziny snu. Rachunki. Dni do wypłaty. Ile zostało chleba. Ile razy twoja mama wołała mnie w nocy. Ile razy ty powiedziałeś, że masz ciężki dzień i zamknąłeś się w gabinecie.
— Widzisz? — podniósł głos. — Z tobą nie da się rozmawiać. Ty jesteś jak… jak wyrzut sumienia na nogach.
Poczułam, jak coś w klatce piersiowej zaciska się boleśnie.
— A ty jesteś jak mąż tylko wtedy, kiedy ktoś patrzy.
Przez chwilę milczał.
Potem uśmiechnął się zimno.
— Klaudia przynajmniej nie wygląda, jakby życie ją ukarało za samo istnienie.
To zdanie nie uderzyło mnie od razu.
Najpierw przeleciało przez kuchnię i zawisło między nami, lekkie jak kurz. Dopiero po sekundzie osiadło mi na skórze, w oczach, na gardle. Poczułam każdy jego gram.
— Czyli to o nią chodzi.
Nie zaprzeczył.
Nie miał nawet tyle przyzwoitości.
— Ona przypomniała mi, że można żyć inaczej.
— Ona ma dwadzieścia pięć lat, Marku. Nie ma twojej matki w pokoju obok. Nie ma twoich długów. Nie ma twoich obietnic sprzed piętnastu lat na plecach.
— Nie mów o niej w ten sposób.
Zaśmiałam się krótko. Brzydko. Obco.
— Oczywiście. Jej trzeba bronić.
Wtedy z salonu dobiegł słaby głos teściowej:
— Martusiu? Wody…
Odwróciłam głowę automatycznie.
Marek nawet nie drgnął.
I właśnie ten brak ruchu powiedział mi więcej niż wszystko.
— Idź — powiedział. — Ona zawsze ciebie woła.
— Bo ty nigdy nie przychodzisz.
Wytarłam ręce w ścierkę i ruszyłam do salonu. Teściowa, pani Helena, leżała na specjalnym łóżku pod oknem. Była kiedyś surową kobietą, taką, której bałam się na początku małżeństwa, bo potrafiła skomentować zupę jednym spojrzeniem. Teraz była drobna, pomarszczona, z rękami cienkimi jak gałązki. Kiedy podałam jej szklankę, chwyciła mnie za nadgarstek.
— On znów krzyczy?
— Nie, mamo Heleno. Wszystko dobrze.
Kłamałam z taką wprawą, że aż zrobiło mi się niedobrze.
Wróciłam do kuchni. Marek już siedział przy stole. Przed nim leżała teczka.
Czarna.
Elegancka.