Po smierci mamy brat zaproponowal, zebysmy podzielili sie jej rzeczami “po sprawiedliwosci”. Przyjechal z przyczepka i zabral meble, telewizor, a nawet zamrazarke z piwnicy. Mnie zostal karton ze starymi listami i jej ksiazka kucharska
Andrzej spojrzał na karton i chyba odetchnął z ulgą, że nie chcę telewizora.
Wieczorem siedziałam w swojej kawalerce na Podolszycach i piłam herbatę z cytryną, tak jak mama – zawsze z cytryną, nigdy z cukrem. Otworzyłam książkę kucharską. Między przepisem na bigos a zupą grzybową wypadły cztery koperty.
Białe, z grubego papieru. Każda zalakowana czerwonym woskiem. Takim, jaki mama kupowała w sklepie papierniczym na rogu – pamiętałam, bo jako dziecko uwielbiałam patrzeć, jak go topi nad świeczką.
Na każdej kopercie inne imię, napisane starannym pismem mamy. “Krystyna”. “Andrzej”. “Dla Oli” – to wnuczka Andrzeja. “Dla tego, kto znajdzie”.
Data: marzec 2016. Dziesięć lat temu.
Ręce mi się trzęsły. Odłożyłam swoją kopertę i wzięłam tę z napisem “Dla tego, kto znajdzie”. Złamałam lak.
W środku był jeden arkusz, zapisany drobnym pismem. Mama pisała, że wie, jak to będzie po jej śmierci. Że Andrzej przyjdzie po rzeczy, bo “Andrzej zawsze idzie po rzeczy, tak jak jego ojciec szedł po swoje”. Że Krystyna weźmie to, co zostanie, bo “Krystyna nigdy nie umie walczyć o siebie i to jest moja wina, bo jej tego nie nauczyłam”.
Czytałam to zdanie trzy razy. “Moja wina, bo jej tego nie nauczyłam.”
Mama wiedziała. Wiedziała od dziesięciu lat, jak to będzie wyglądać, i nic z tym nie zrobiła. A może właśnie zrobiła – te koperty.
Otworzyłam swoją. W środku był list – dwie strony. Mama pisała, że przeprasza. Że zawsze stawiała Andrzeja na pierwszym miejscu, bo był chłopcem, bo był pierwszy, bo tata tak chciał. Że widzi, jak ja się staram, i że to niesprawiedliwe, że nigdy mi tego nie powiedziała na głos. “Bo ja też nie umiem, Krystyniu. To chyba po mnie masz.”
Na dole kartki był numer konta. I zdanie: “Odkładałam po sto złotych miesięcznie od twojej trzydziestki. To nie jest dużo, ale to jest tylko dla ciebie. Andrzej dostał dom po ojcu – ty dostaniesz to.”
Nie umiałam oddychać. Zadzwoniłam do banku następnego dnia. Konto istniało. Mama odkładała pieniądze regularnie, co miesiąc, przez dwadzieścia pięć lat. Kwota nie była wielka w skali świata, ale w skali mojej kawalerki na Podolszycach – wystarczyła na wkład własny do mieszkania z prawdziwą sypialnią.
Przez tydzień nosiłam kopertę Andrzeja w torebce. Nie wiedziałam, czy mu ją dać. Co mama mogła napisać do niego? Przeprosiny? Wyrzuty? A może to samo – że go kocha, ale inaczej?
Zadzwoniłam w sobotę wieczorem.
– Andrzej, znalazłam coś w rzeczach mamy. Koperty. Jedna jest do ciebie.
Cisza.