– Jakie koperty?
– Zalakowane. Sprzed dziesięciu lat. Mama je schowała w książce kucharskiej.
Kolejna cisza, dłuższa.
– W tej książce, którą ty wzięłaś?
– Tak. W tej, której ty nie chciałeś.
Nie powiedziałam tego złośliwie. Ale on i tak to usłyszał.
– Przyjadę w przyszłym tygodniu – powiedział cicho.
Nie przyjechał w przyszłym tygodniu. Ani w następnym. Zadzwonił po miesiącu, w niedzielę rano, kiedy smarowałam chleb masłem i słuchałam radia.
– Krystyna, co jest w tej mojej kopercie?
– Nie wiem. Nie otworzyłam.
– Ale w twojej co było?
Nie odpowiedziałam od razu. Myślałam o mamie, jak siedzi przy stole i pisze te listy, każdy do kogo innego, każdy z innym ciężarem. Jak topi lak nad świeczką, przyciska pieczątką – tą mosiężną, z inicjałami babci. Jak chowa koperty między przepisami, bo wie, że przepisy trafią do tego, kto naprawdę je czyta.
– Mama przepraszała – powiedziałam w końcu.
– Za co?
– Przyjdź i przeczytaj swoją.
Koperta Andrzeja leży na mojej półce, obok serwetek szydełkowych, które zabrałam z mieszkania mamy, bo Andrzej powiedział, że “po co mu stare serwetki”. Koperta Oli też tam leży – dam jej, jak skończy osiemnaście lat.
Czasem wieczorem patrzę na te koperty i myślę, że mama była mądrzejsza, niż ktokolwiek z nas podejrzewał. Wiedziała, że Andrzej weźmie meble. Wiedziała, że ja wezmę karton. I wiedziała, że to, co naprawdę ważne, zmieści się w kopercie.
Andrzej wciąż nie przyjechał. Ale dzwoni częściej. Nie mówi o kopercie, ja też nie. Rozmawiamy o pogodzie, o cenach w sklepach, o tym, że na cmentarzu trzeba będzie posadzić nowe bratki przed pierwszym listopada.
Może kiedyś przyjedzie. Może otworzy swoją kopertę i dowie się, co mama chciała mu powiedzieć. A może już się domyśla i dlatego nie jedzie.
Nie wiem, co jest gorsze – nie wiedzieć czy domyślać się.