Bogdan umarł w lutym. Wracał z pracy – prowadził własny warsztat samochodowy na obrzeżach Białegostoku – i na skrzyżowaniu przy Radzymińskiej nie zdążył wyhamować na lodzie. Karetka przyjechała w siedem minut. Za późno.
Trzydzieści dwa lata małżeństwa. Dwoje dorosłych dzieci – Monika w Warszawie, Darek w Gdańsku. Ja, Lucyna, pięćdziesiąt osiem lat, krawcowa z zakładu przy Lipowej, który powoli umierał razem z modą na szycie na miarę. Myślałam, że o Bogdanie wiem wszystko. Że facet, z którym dzielę łóżko od trzech dekad, nie maede mną tajemnic.
Notariusz, pan Wierzbicki, czytał monotonnym głosem wykaz składników majątku. Dom na Antoniuku, garaż, samochód, warsztat. A potem – jakby od niechcenia – dodał: nieruchomość gruntowa, działka rekreacyjna, gmina Stawiguda, powiat olsztyński, nabyta w dwie tysiące piętnastym roku. Zerknął na mnie znad okularów.
– Pani wiedziała o tej nieruchomości?
Nie wiedziałam. Darek patrzył na mnie, Monika ściskała torebkę. Nikt nie wiedział.
Wróciłam do domu i godzinę siedziałam w kuchni, zanim zeszłam do piwnicy. Herbata stygła na stole. Bogdan patrzył na mnie ze zdjęcia na kredensie – uśmiechnięty, w koszuli w kratę, którą mu sama uszyłam. Patrzył i milczał, jak przez ostatnie dziesięć lat milczał o tej działce.
Z aktu notarialnego wynikało, że kupił ją za pieniądze ze spadku po wujku Stefanie. Pamiętałam ten spadek – Bogdan dostał trochę gotówki i stary zegarek. Powiedział wtedy, że pieniądze włożył w warsztat. Nowe podnośniki, coś tam jeszcze. Nie dopytywałam. Ufałam mu jak sobie.
Kartka z zeszytu w kratkę była listą. Drobne, równe literki Bogdana, który pisał jak uczeń – starannie i powoli:
– Jabłoń – antonówka – posadzona maj 2016
– Porzeczki – trzy krzewy – 2017
– Altana – gotowa wrzesień 2018
– Studnia – sierpień 2019
– Budka na narzędzia – maj 2020
Lista ciągnęła się do dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku. Ostatni wpis: “Lawenda przy furtce – kwitnie”.
Przez dziesięć lat Bogdan jeździł na ryby. Wyjeżdżał w piątki po południu, wracał w niedziele wieczorem – zmęczony, pachnący dymem z ogniska, czasem z rybą w reklamówce. Co dwa, trzy tygodnie, regularnie jak zegarek. Ja w tym czasie odwiedzałam siostrę albo nadrabiałam zamówienia w zakładzie. Nie narzekałam. Każdy potrzebuje swojego kąta.
Tylko że jego kąt okazał się dosłowny.
Pojechałam pod Olsztyn w pierwszy ciepły weekend marca. Sama, choć Monika chciała jechać ze mną. Potrzebowałam zobaczyć to sama. Trzy godziny drogi z Białegostoku – wystarczająco dużo, żeby wyobrazić sobie najgorsze. Że znajdę tam ślady kobiety. Że Bogdan miał drugie życie. Że te ryby to była zasłona dymna na coś, czego nie chcę widzieć.
Działka leżała na końcu polnej drogi, za sosnowym laskiem. Ogrodzenie z drewnianych sztachet, furtka z klamką w kształcie ryby. Klucz na czerwonym sznurku pasował do kłódki.