I ja mu wierzyłam. Przez trzydzieści dwa lata mu wierzyłam.
Po tym dniu w ZUS-ie nie mogłam spać. Leżałam w naszym łóżku – bo to wciąż było nasze łóżko, nawet po trzech miesiącach wciąż z jego poduszką po prawej stronie – i wpatrywałam się w sufit. Próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek.
Jakiś telefon, jakąś nieobecność dłuższą niż zwykle, jakiś dziwny wydatek. Nic. Jerzy był człowiekiem spokojnym, oszczędnym, przewidywalnym. Wypłatę oddawał co do złotówki. Na piwo chodził w sobotę z Jurkiem z trzeciego piętra. W niedzielę leżał na kanapie z pilotem do telewizora i oglądał wyścigi Formuły Jeden.
Albo tak mi się wydawało.
Wojtek przyjechał w niedzielę. Siedział przy kuchennym stole, trzymał tę decyzję w rękach i milczał. Mój syn, dwadzieścia osiem lat, inżynier w Warszawie, mężczyzna, który zazwyczaj na wszystko ma odpowiedź – milczał.
– Mamo – odezwał się w końcu. – Trzeba sprawdzić. Może to pomyłka.
– To nie jest pomyłka. Dziecko jest w aktach stanu cywilnego. Twój ojciec je uznał.
Wojtek odłożył decyzję na stół. Popatrzył na mnie, potem na zdjęcie Jerzego na kredensie – to z działki, w koszuli w kratę, z wędką w ręku.
– Kiedy? – zapytał cicho.
– Nie wiem. Dziecko jest małoletnie. Więc… nie dawno.
W tym jednym słowie zmieściło się wszystko. Nie chodziło o romans sprzed lat, o młodzieńczy błąd, o coś, co zdarzyło się, zanim się pobraliśmy. Małoletnie dziecko. Jerzy miał sześćdziesiąt jeden lat. Dziecko mogło mieć najwyżej kilkanaście. Co oznaczało, że Jerzy – mój Jerzy, ten od naprawionych kranów i sobotniego piwa z Jurkiem – przez lata prowadził drugie życie.
Prawnik, do którego poszłam tydzień później, potwierdził to, czego już się domyślałam. Mężczyzna po pięćdziesiątce, spokojny, rzeczowy. Wytłumaczył mi, że jeśli Jerzy uznał dziecko notarialnie albo w urzędzie stanu cywilnego, to sprawa jest prosta – dziecko ma takie same prawa jak Wojtek. Do renty, do spadku, do zachowku. Do wszystkiego.
– A czy mogę się dowiedzieć… kim jest matka? Gdzie to dziecko mieszka?
Prawnik zdjął okulary, przetarł je chusteczką.
– Z decyzji ZUS pani się tego nie dowie. Ale jeśli będzie postępowanie spadkowe – a radziłbym je przeprowadzić – to się wyjaśni.
Postępowanie spadkowe. Po Jerzym, który zostawił mieszkanie spółdzielcze, garaż, działkę pod Płockiem i samochód, którym już nikt nie jeździł. Wyobraziłam sobie siebie w sądzie, naprzeciw kobiety, której nie znałam, i dziecka, które nosiło nazwisko mojego męża. Poczułam, że robi mi się niedobrze.