Jego głos był niski, miarowy, niemal kojący.
W dźwięku było coś ciepłego i znajomego, jak w starej kołysance przekazywanej przez pokolenia.
Na początku dziecko nadal szlochało.
Później płacz stopniowo słabł.
Minęła kolejna minuta, a dziecko po prostu wpatrywało się w mężczyznę, wsłuchując się w jego głos.
A potem…
Przestał płakać.
W kabinie zapadła cisza – taka, jakiej nikt się nie spodziewał.
Szejk kontynuował delikatne kołysanie dziecka, śpiewając tę samą melodię. Stopniowo dziecko się uspokajało. Jego oddech stał się spokojny i równy, a oczy powoli się zamknęły.
Matka patrzyła z niedowierzaniem.
— Jak… jak to zrobiłeś? — wyszeptała.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko, nie przerywając delikatnego kołysania.
— Moja mama śpiewała nam tę piosenkę, kiedy byliśmy mali — odpowiedział spokojnie. — Zawsze nas uspokajała.
Spojrzał na kobietę i dodał cicho:
— Potrzymam go jeszcze chwilę. Powinnaś spróbować odpocząć.
Kobieta zakryła usta dłonią, próbując powstrzymać się od płaczu.
Ale łzy wciąż napływały — tylko tym razem były inne.
I nikt w kabinie już się nie skarżył.