Orzeźwiający jesienny wiatr przetoczył się przez Millennium Park w Chicago. Liście tworzyły olśniewającą mozaikę złota i karmazynu.
Leo biegł po wielkim trawniku, goniąc szczeniaka golden retrievera, którego adoptowaliśmy miesiąc wcześniej. Śmiał się, radosnym, radosnym dźwiękiem, który niósł się echem od wieżowców. Nie było śladu po kruchym, umierającym chłopcu z kliniki na wyspie, tylko energiczny, żwawy drugoklasista.
Siedziałam na ławce w parku, popijając gorące latte, otoczona dwójką moich najbliższych przyjaciół z biura architektonicznego. To oni powitali nas na lotnisku, kiedy Leo i ja w końcu polecieliśmy do domu, przywożąc balony, domowe zapiekanki i ramię do wypłakania się. Byli moją prawdziwą rodziną.
Dzięki nieuniknionej, niezwykle aktywnej poczcie pantoflowej od dalszej rodziny otrzymywałam informacje o wygnaniu Beatrice i Daphne do Europy.
To była dla nich brutalna, upokarzająca próba. Utknięci w Amalfi bez grosza przy duszy, zmuszeni byli spać w holu dworca kolejowego przez dwie noce, zanim błagali lokalną policję o skierowanie ich do amerykańskiego konsulatu w Neapolu.
Konsulat nie okazał zrozumienia dla ich skarg na „kradzież luksusu”. Zmuszono ich do podpisania prawnie wiążących weksli dla rządu USA na doraźne pożyczki repatriacyjne – absolutne minimum wymagane do zakupu dwóch nędznych biletów klasy ekonomicznej na środkowym siedzeniu w tanich liniach lotniczych do Chicago.
Kiedy w końcu dotarli, wyczerpani i upokorzeni, rzeczywistość uderzyła w nich niczym pociąg towarowy.
Byłem bezwzględny. Legalnie eksmitowałem Daphne z jej luksusowego apartamentu, a jej nazwiska nie było w umowie najmu, którą miałem. Beatrice wróciła i zastała wymienione zamki w moim mieszkaniu, a na podwórku dumnie wisiała tabliczka „Na sprzedaż”. Ich luksusowe samochody z leasingu zostały dobrowolnie przekazane dealerom.
W desperackiej, chybotliwej próbie odzyskania skradzionego luksusu, wynajęli taniego prawnika i próbowali pozwać mnie za „porzucenie finansowe” i „złamanie umowy ustnej”.
Sędzia okręgowy umorzył sprawę z ochrypłym śmiechem w niecałe dziesięć minut, przypominając im, że trzydziestopięcioletnia dorosła kobieta nie ma absolutnie żadnego prawnego obowiązku finansowania życia swojej pełnosprawnej matki i siostry, zwłaszcza po tym, jak dopuściły się oszustwa elektronicznego na wspólnym koncie.
Ostatnio słyszałem, że dawne celebrytki dzieliły ciasne, nieklimatyzowane mieszkanie typu studio niedaleko lotniska. Daphne pracowała jako kasjerka w dyskoncie odzieżowym, a Beatrice pracowała na zmiany w lokalnej piekarni, żeby spłacić ogromny dług wobec rządu federalnego.
Wypiłem łyk kawy i patrzyłem, jak Leo rzuca piłką tenisową do szczeniaka.