Potem trzeci.
Każdy policzek rozbrzmiał echem w jadalni niczym grzmot.
CZĘŚĆ 2
Potem ją popchnął.
Camille straciła równowagę i uderzyła biodrem o krawędź konsoli obok kredensu. Głuchy odgłos jej ciała o drewno przeszył moją pierś niczym ostrze. Sapnęła, bardziej z szoku niż z bólu, i zakryła twarz dłonią, patrząc na niego tymi wielkimi, niedowierzającymi oczami, jakby jakaś jej część wciąż miała nadzieję, że to się nie dzieje naprawdę.
A potem Madame Delorme zrobiła coś, czego nie zapomnę do końca życia.
Ona oklaskiwała.
Nie głośno.
Nie ostentacyjnie.
Tylko dwa powolne, zadowolone, niemal eleganckie oklaski.
I powiedziała:
„W ten sposób nauczy się swojej lekcji”.
Poczułam, jak coś we mnie robi się zupełnie zimne.
Nie krzyczałam.
Nie rzuciłam się na niego.
Nie rzuciłam mu w twarz porcelaną ze stołu, choć przez ułamek sekundy miałam na to dziką ochotę.
Wstałam powoli.
Tak powoli, że Richard się uśmiechnął.
Ja
Wciąż pamiętam ten uśmiech. To był arogancki uśmiech człowieka, który uważał się za nietykalnego. Uśmiech kogoś, kto zbyt wiele razy przekroczył granicę, a nikt nigdy nie odważył się go powstrzymać.
Sięgnęłam do torby, wyciągnęłam telefon i wybrałam numer, którego nie używałam od lat, ale którego nigdy nie usunęłam.
Połączenie zostało odebrane po drugim sygnale.
„Potrzebuję natychmiastowej pomocy” – powiedziałam stanowczo. „Trwa przemoc domowa. Ofiara jest ranna. Obaj sprawcy są tutaj. Wiecie, gdzie jestem”.
Nie podałam swojego nazwiska.
To nie było konieczne.
„Nie rozłączaj się” – odpowiedział głos po drugiej stronie.
Zostawiłam telefon w torbie, linia wciąż włączona.