CZĘŚĆ 1
„Zostaw to. Ten mały notes jest mniej wart niż zwiędłe kwiaty na tym grobie”.
Tak powiedział mój ojciec, rzucając książeczkę oszczędnościową babci na trumnę, którą właśnie opuszczono do grobu.
Cisza rozprzestrzeniła się po cmentarzu, jakby nawet deszcz się zawstydził.
Stałem tam, buty grzęzły mi w błocie, a klatka piersiowa pękała. Moja babcia, Carmen, została właśnie pochowana na cichym cmentarzu w Puebli. Białe kwiaty otaczały jej grób, a krewni stali w pobliżu – nie opłakując jej, lecz czekając, co odziedziczą.
Mój ojciec, Roberto Méndez, nawet nie udawał smutku.
Ubrany był na czarno, ale jego twarz była sucha, wykrzywiona irytacją. Obok niego stała jego żona, Leticia, idealnie ubrana, kryjąca się za ciemnymi okularami. Mój przyrodni brat Iván bawił się kluczykami do samochodu, znudzony, jakby czekał gdzieś w kolejce.
„Słyszałaś prawnika, Lucío” – powiedział chłodno mój ojciec. „Moja matka zostawiła ci jakieś bezużyteczne dokumenty. Nic cennego”.
Leticia uśmiechnęła się krzywo.
„Może za to kupi jedzenie”.
Iván się roześmiał.
„Albo sprzeda jako przedmiot kolekcjonerski”.
Nikt nie bronił mojej babci.