Tłum na trybunach wybuchnął entuzjazmem. Wstałem, krzycząc jego imię, klaszcząc, aż zapiekły mnie dłonie, ocierając łzę czystej, nieskrępowanej radości z policzka.
Leo zacisnął pięść.
w powietrze i pobiegł w stronę ziemianki. Miał na sobie bezrękawnik swojej drużyny. Głębokie, srebrzyste blizny po oparzeniach na jego ramionach i klatce piersiowej błyszczały dumnie w słońcu. Nie ukrywał ich już. Nosił je jak zbroję, świadectwo stoczonych bitew i pokonanych demonów.
Usiadłam z powrotem na aluminiowej ławce i sięgnęłam do dużej skórzanej torebki po okulary przeciwsłoneczne. Moje palce musnęły gruby stos białych kopert spiętych gumką na dnie torby.
Wszystkie były ostemplowane pieczęcią więzienia stanowego.
Dziesiątki. Tę sprzed pięciu lat i każdą, która przyszła później. Przechwyciłam je wszystkie. Nigdy ich nie otworzyłam, nigdy nie przeczytałam manipulacyjnej trucizny, którą próbowała wlać w jego życie, i z pewnością nigdy nie pozwoliłam, by choć jedna z nich dotarła do Leo. Byłam strażniczką przy bramie, a moja warta nigdy się nie skończyła.
Spojrzałam na listy. Nie czułam strachu. Nie czułam gniewu. Czułam jedynie absolutną, suwerenną kontrolę nad naszym życiem.
Kiedy drużyny ustawiły się w szeregu, by uścisnąć sobie dłonie, a Leo zaczął biec po trawie w moim kierunku, a promienny, szczery uśmiech rozświetlał całą jego twarz, podjęłam ostateczną decyzję.
Wyciągnęłam z torebki srebrną zapalniczkę. Pstryknęłam kółkiem.