Adrien otworzył usta, a potem je zamknął.
Diane podeszła z uniesioną głową.
„Nie wiedziałam, że znasz pana de Rochefort”.
Clémence spojrzała na nią spokojnie.
„Niewiele wiedziałaś, Diane”.
Uśmiech Diane zbladł.
Béatrice podeszła powoli, jakby jej ciało już odrzucało to, co próbował przetworzyć mózg.
Mężczyzna w garniturze wysiadł.
„Mademoiselle de Rochefort?”
Nie słyszała tego nazwiska od trzech lat.
W samochodzie znalazła wiadomość od Adriena.
„Mam nadzieję, że rozumiesz, że tak będzie najlepiej”.
Usunęła ją.
Na lotnisku Le Bourget Henri czekał na nią w prywatnym saloniku, stojąc prosto, mimo swoich 79 lat, z twardym wzrokiem, dopóki nie zobaczył jej policzka.
„Kto to zrobił?”
Clémence nie odpowiedziała. Wpadła mu w ramiona.
Przytulił ją, nie robiąc jej wyrzutów za odejście, nie mówiąc: „Mówiłem”.
„Wracasz do domu” – powiedział.
W samolocie położył przed nią tablet.
„Valmont Group musi połączyć się z Vernet Distribution. Bez tej umowy ich długi gwałtownie wzrosną”.
Clémence podniosła wzrok.
— Diane Vernet.
— Dokładnie.
Przesunął jej przez ramię jakiś dokument.
— Od ośmiu lat Rochefort Holding posiada 42% udziałów w Vernet Distribution. Jutro te akcje będą na twoje nazwisko.
Wtedy zrozumiała.
Kochanka Adriena nie była tylko zdradą.
Była bramą do imperium.
A ta brama właśnie zmieniła zamki.
CZĘŚĆ 3
Posiadłość Rochefort znajdowała się niedaleko Tours, za aleją lipową, którą Clémence biegała jako dziecko, z obtartymi kolanami i rozczochranymi włosami. Kiedy samochód przejechał przez bramę, spodziewała się, że poczuje wstyd, który przygwoździ ją do skórzanego siedzenia.
Zamiast tego zobaczyła niebieskie okiennice rodzinnego domu, złoty kamień obmyty deszczem, idealnie przycięte krzewy róż i coś w jej piersi pękło.
Na schodach wejściowych Madeleine, gospodyni, która wychowała ją po śmierci rodziców, czekała na nią z szalem narzuconym na ramiona. Nie zadawała żadnych pytań. Podeszła, wzięła twarz Clémence w dłonie, zobaczyła ślad po policzku i pocałowała ją w czoło.
„Moja droga” – powiedziała po prostu.
To ta czułość doprowadziła ją do płaczu.
Nie przemoc.
Nie zdrada.
Czułość.
Przez trzy tygodnie Henri nie prosił jej, żeby stała się twarda. Prosił, żeby znów była precyzyjna.
Każdego ranka pracowali w bibliotece: bilanse, umowy bankowe, raporty z audytów, długi Valmont Industries, umowa o fuzji z Vernet Distribution. Clémence na nowo odkrywała odruchy, które skrywała pod przykrywką towarzyskich kolacji i upokorzeń przełykanych w milczeniu. Uczęszczała do szkoły biznesu HEC, ale w domu Valmontów Béatrice lubiła przypominać wszystkim, że dyplom nie zastąpi „prawdziwego urodzenia”.
Pewnego popołudnia Clémence położyła teczkę na biurku.
„Adrien zaangażował fundusze Valmont w oparciu o fuzję, która nie została sfinalizowana”.
Henri skinął głową.
„I co z tego?”
„Jeśli Vernet wycofa swoją umowę, Valmont Industries nie tylko będzie miało kłopoty. Banki stracą zaufanie. Dostawcy będą żądać gwarancji. Akcjonariusze wpadną w panikę”.
„I co z tego?”
„Zaryzykował przyszłością 2800 pracowników, żeby zaimponować rodzinie, która otworzyła przed nim swoje salony”.
Henri długo się jej przyglądał.
„Teraz rozumiesz”.
Zamknęła teczkę.
„Nie chcę niszczyć 2800 rodzin, żeby ukarać trzy osoby”.
„To nie karz ich. Przejmij kontrolę”.
Wyrok zawisł w powietrzu niczym cichy grzmot.