W Hôtel de Crillon odbywała się gala Fundacji Saint-Louis. Oficjalnie była to zbiórka funduszy dla hospitalizowanych dzieci. Nieoficjalnie paryżanie przychodzili, by się pokazać, negocjować, aranżować małżeństwa, odkupywać rzeczy, składać obietnice, zdradzać, z kieliszkami szampana w dłoniach.
Béatrice Valmont królowała tam przez 20 lat.
Tego wieczoru ubrała się na czarno i w szmaragdy. Przy jej stoliku Adrien usiadł obok Diane Vernet – blondynki, szczupłej, promiennej, z uśmiechem kobiety, która wierzy, że wygrała, bo została wybrana przez niewiernego mężczyznę.
Clémence przybyła o 20:10.
Ciemnogranatowa sukienka. Upięte włosy. Nic ekstrawaganckiego. Na szyi miała naszyjnik babci: pojedynczy sznur antycznych diamentów, na tyle dyskretny, by nie przyciągać uwagi, na tyle cenny, by uciszyć cały stół.
Henri szedł z nią ramię w ramię.
Rozmowy ucichły falami.
Najpierw niektórzy rozpoznali Henriego de Rochefort. Potem spojrzeli na kobietę obok niego. Potem ktoś wyszeptał jej imię.
„Clémence de Rochefort?”
Adrien się odwrócił.
Jego twarz zbladła.
O mało nie przeszedł przez pokój, zapominając o Diane stojącej za nim.
„Claire?”
Pozwoliła mu do siebie podejść.
„Dobry wieczór, Adrien”.
Spojrzał na Henriego, potem na nią, a potem znowu na Henriego.
„Co ty tu robisz?”
Henri odpowiedział z cierpkim uśmieszkiem:
„Moja wnuczka rzadko towarzyszy mężczyznom, którzy na nią nie zasługują. Dziś wieczorem robi wyjątek, żeby mnie zadowolić”.
Adrien otworzył usta, a potem je zamknął.
Diane podeszła z uniesioną głową.
„Nie wiedziałam, że znasz pana de Rochefort”.
Clémence spojrzała na nią spokojnie.
„Niewiele wiedziałaś, Diane”.
Uśmiech Diane zbladł.
Béatrice podeszła powoli, jakby jej ciało już odrzucało to, co próbował przetworzyć mózg.
Polityczne: 1 euro.
Przejęcie długów.
Natychmiastowe wykluczenie rodziny Valmont ze wszystkich stanowisk kierowniczych.
Utrzymanie fabryk w stanie kontroli.
Ograniczony, wspierany i odpowiednio finansowany plan redukcji etatów.
Adrien podpisał po 36 godzinach.