Béatrice początkowo odmówiła, krzyczała, groziła, wezwała czterech prawników, a potem odkryła, że banki nie mają już cierpliwości do aroganckich dynastii. Ona również podpisała.
Kiedy Clémence weszła do siedziby Valmont Industries w pobliżu La Défense, nie było muzyki ani czerwonego dywanu. Tylko pracownicy wstający zza okien, zaniepokojone spojrzenia, przesadnie bladzi dyrektorzy i cisza pełna oczekiwania.
W sali konferencyjnej usiadła na miejscu, które Adrien zajmował tydzień wcześniej.
„Valmont Industries przetrwa” – powiedziała. „Ale nie tak jak wcześniej”.
Dyrektor finansowy odważył się uśmiechnąć z pogardą.
„Z całym szacunkiem, Mademoiselle de Rochefort, nigdy nie kierowała pani grupą przemysłową”.
Clémence spojrzała na niego, nie podnosząc głosu.
„Nie. Właśnie kupiłam tę, którą doprowadziła pani na skraj upadku”.
Uśmiech zniknął.
„Ci, którzy pracowali sumiennie, zostaną. Ci, którzy kłamali, odejdą. Ci, którzy mylili lojalność z milczeniem, będą musieli nauczyć się różnicy”.
Kolejne miesiące nie przypominały eleganckiej zemsty. Przypominały pracę.
Rozpoczęły się audyty. Renegocjowano umowy. Czterech dyrektorów zostało zwolnionych za fałszywe oświadczenia, kumoterstwo i ukryte prowizje. Zlikwidowano 312 stanowisk, ale każda osoba otrzymała odprawę przekraczającą ustawowe minimum, rzeczywiste wsparcie i sześć miesięcy opłaconego dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego. Clémence utworzyła fundusz awaryjny dla pracowników zagrożonych eksmisją lub długami z tytułu opieki medycznej. Odwiedzała fabryki nie po to, żeby zrobić zdjęcia, ale żeby posłuchać.
W Saint-Étienne pracownica pokazała jej maszynę, która od ośmiu miesięcy była oznaczana jako niebezpieczna.
„Powiedziano nam, że budżet jest przeznaczony na targi pana Valmonta”.
Clémence długo stała przed maszyną.
„Dziś wieczorem zostanie wyłączona”.
W Reims menedżer ds. kadr przyniósł jej akta kobiet, które były naciskane, by zrezygnowały z pracy po urlopie macierzyńskim.
„Nie wiedziałam, z kim rozmawiać”.
Clémence odpowiedziała:
„Teraz już wiesz”.
Nocą, sama w pokoju hotelowym, zdejmowała obcasy, czasami siadała na podłodze przy wannie i zastanawiała się, czy ratuje firmę, czy próbuje zagoić ranę, której nie jest w stanie znieść. Czasami wciąż czuła policzek, nie jako ból, ale jako głęboko zakorzenione wspomnienie.
Adrien próbował się z nią zobaczyć dwanaście razy.
Odmówiła jedenaście razy.
Po raz dwunasty zgodziła się w przeszklonym pokoju w centrali, w obecności swojego prawnika.
Wszedł, szczuplejszy, bez luksusowego zegarka, bez ubezpieczenia.
„Zmieniłaś się” – powiedział.
„Nie. Widzisz mnie lepiej”.
Spuścił wzrok.
„Przepraszam”.
Nie odpowiedziała od razu.
„Myślę, że tak”.