Nie dlatego, że nagle stałem się człowiekiem od wielkich gestów.
Nie dlatego, że miałem nadmiar pieniędzy, czasu i siły.
Wziąłem dwa koty, bo stałem w schronisku z jednym transporterem w ręku i zrozumiałem, że są rzeczy, których nie wolno rozdzielać tylko dlatego, że człowiek wcześniej zrobił sobie wygodny plan.
Pracownica schroniska uśmiechnęła się tak, jakby przez cały czas czekała, aż sam do tego dojdę.
“Przyniosę drugi transporter” — powiedziała.
“Nie mam jeszcze drugiej miski.”
“Pierwszego dnia poradzą sobie z jedną. A pan po drodze kupi.”
Powiedziała to spokojnie, praktycznie, bez wzruszania się. I dobrze, bo gdyby wtedy jeszcze jedna osoba powiedziała coś czułego, pewnie rozpłakałbym się między kuwetami i workami karmy.
Formalności trwały dłużej, niż zakładałem.
Dokumenty, pytania, książeczki zdrowia, zalecenia, karma na start, numer do weterynarza. Borys siedział w transporterze jak obrażony pasażer PKP po opóźnionym pociągu. Franek nie miauczał wcale. Wcisnął się w róg swojego transportera i patrzył tylko przez kratkę w stronę brata.
Postawiłem transportery obok siebie w samochodzie.
Dopiero wtedy Franek przymknął oczy.
Droga do domu była głośniejsza, niż marzyłem. Borys dwa razy zaprotestował niskim, głębokim miauknięciem, pełnym pretensji do mnie, miasta, samochodu i całej idei adopcji. Franek milczał. Ale kiedy zatrzymałem się na światłach, zobaczyłem w lusterku, jak wyciąga łapę przez kratkę.
Borys nie mógł jej dosięgnąć.
Ale odwrócił głowę w jego stronę.
Wniosłem ich na trzecie piętro w dwóch rękach, sapiąc jak człowiek, który chwilę wcześniej deklarował, że jeden kot to maksimum odpowiedzialności. Sąsiadka z drugiego piętra uchyliła drzwi.
“Panie Pawle, pan się przeprowadza?”
“Nie. Powiększam rodzinę.”
Popatrzyła na transportery.
“Ojej. Dwa?”
“Sam jestem zaskoczony.”
Mieszkanie było takie samo jak rano.
Ten sam wyblakły narożnik.
Te same talerze w suszarce.
Te same rachunki na komodzie w przedpokoju.
Ta sama cisza, do której zdążyłem się przyzwyczaić tak bardzo, że prawie pomyliłem ją ze spokojem.
Postawiłem transportery w salonie i otworzyłem drzwiczki.
Borys wyszedł pierwszy.
Powoli, godnie, jakby to on oglądał lokal przed podpisaniem umowy najmu. Obszedł pokój, zajrzał pod stół, powąchał nogę krzesła, wskoczył na kanapę i zajął jej róg z miną kogoś, kto właśnie odzyskał należny mu tron.
Franek nie wyszedł.
Siedział w transporterze jeszcze prawie godzinę.
Nie poganiałem go. Usiadłem na podłodze w pewnej odległości i udawałem, że nie patrzę. Włączyłem cicho radio, potem wyłączyłem, bo głos prowadzącego wydał mi się za głośny. Borys obserwował wszystko z kanapy, jedno oko przymknięte, drugie kontrolujące sytuację.
W końcu Franek wysunął najpierw nos.
Potem jedną łapę.
Potem cały chudy, kremowy tułów.
Przebiegł nisko pod stołem i wcisnął się za fotel.
Borys westchnął, jakby miał dość tej całej dramaturgii, zeskoczył z kanapy i położył się metr od niego.
Dopiero wtedy Franek wyszedł i wtulił się w brata.
Ten widok zabolał mnie bardziej, niż powinien.
Pierwsza noc była dziwna.
Nie spałem dobrze, ale pierwszy raz od miesięcy nie dlatego, że mieszkanie było za ciche. Słyszałem drapanie w kuwecie. Szuranie łapek. Ciche chrupanie karmy. Raz coś spadło w kuchni i leżałem przez chwilę, rozważając, czy naprawdę chcę wiedzieć co.
O północy obudziłem się i zobaczyłem Franka przy nogach łóżka.
Stał nieruchomo, gotowy do ucieczki.
“Będzie dobrze” — powiedziałem cicho.
Nie podszedł.
Ale nie uciekł.
Rano znalazłem Borysa na zlewie. Siedział tam, jakby od urodzenia pełnił funkcję inspektora instalacji wodnej. Patrzył na kran z nieufnością i wyraźnie czekał, aż coś z nim zrobię.
Franek był pod krzesłem.
Połowa kota schowana, połowa na zewnątrz.
Kiedy mnie zobaczył, nie uciekł. Spojrzał tylko najpierw na mnie, potem na Borysa, jakby pytał brata, czy ten człowiek nadal jest dopuszczalny.
“Będziecie jeść?” — zapytałem.