I po raz pierwszy od oświadczyn, które omal nie złamały mi czegoś w środku, słowo „prawda” już nie bolało.
Kiedyś zgodziłem się na małżeństwo bez miłości, bo głód miał zęby, a moja matka bardziej potrzebowała lekarstw niż ja dumy.
Myślałem, że kupuję czas.
Myślałem, że oddaję młodość za bezpieczeństwo.
Myślałem, że starzec przy ołtarzu był uosobieniem upokorzenia.
Nie miałem pojęcia, że twarz ukryta za tą maską zdradzi jeszcze groźniejszą prawdę.
Tak, ubóstwo zostało zmanipulowane.
Tak, mój strach został wykorzystany.
Ale moja szczerość też została dostrzeżona.
A później, po wielu spustoszeniach, została wybrana właściwie, w biały dzień.
W noc, gdy patrzyłem, jak ta fałszywa, stara twarz wpada do ogrodu, myślałem, że moje życie kończy się absurdalnie.
To nie był koniec.
To był moment, w którym teatr w końcu umarł.
A kiedy umarł, odkryłem coś o wiele cenniejszego niż ratunek.
Odkryłem, jak wygląda miłość, gdy między nią a światłem nie ma już kłamstwa.
Koniec