CZĘŚĆ 2
W środku sztucznego jajka znajdowała się mała, pozłacana metalowa tuba. Przez kilka sekund nie ruszałam się. Koszyk był u moich stóp. Słońce powoli znikało za winoroślą. Cały świat zdawał się ucichnąć. Wpatrywałam się w małą tubę, jakby pochodziła z innej epoki. Moje palce drżały tak bardzo, że o mało jej nie upuściłam. Rozejrzałam się. Droga była pusta.
Potem, z niemal nabożną ostrożnością, otworzyłam tubę. W środku znajdowała się złożona kartka papieru i mały, staromodny kluczyk. Rozłożyłam kartkę. Od razu rozpoznałam pismo Madame Lefèvre. Proste. Pewne. Lekko drżące na kilku ostatnich literach.
„Jeśli to czytasz, to znaczy, że w końcu znalazłeś to, co ukrywałam przez te wszystkie lata. Nie otwieraj pozostałych jajek przy drodze. Idź do domu. Sam. Na razie nikomu o tym nie mów”. Niektóre prawdy muszą zostać ujawnione we właściwym czasie. Przeczytałam kartkę trzy razy. Serce waliło mi tak mocno, że czułem, jakby miało mi wyskoczyć z piersi. Spojrzałem na koszyk. Dwadzieścia jajek. Wszystkie poplamione. Wszystkie rzekomo zgniłe. Wszystkie cięższe, niż powinny być. Wiedziałem, że muszę być posłuszny. Wiedziałem, że muszę wrócić do domu. Ale ciekawość była zbyt silna.
Wziąłem drugie jajko. Rozbiłem je. W środku była kolejna mała tubka. Otworzyłem ją. Tym razem na moją dłoń wpadła starożytna złota moneta. Prawdziwa moneta. Ciężka. Lśniąca. Kolana prawie się pode mną ugięły. Wziąłem trzecie jajko. W środku były dwie stare obrączki ślubne, owinięte w kawałek pożółkłego białego płótna. Czwarte. Mały aksamitny woreczek z kamieniami szlachetnymi. Piąte. Zwinięty dokument, zabezpieczony cienką blachą.
Usiadłem na poboczu drogi. Kręciło mi się w głowie. W tym koszyku nie było zgniłych jajek. Był w nim majątek. A przynajmniej jego zaczątek. Stałem tam przez kilka minut, nie mogąc pojąć. Potem włożyłam rurki z powrotem do koszyka, jakbym niosła coś żywego. I wróciłam do domu Madame Lefèvre. Tym razem nie szłam. Prawie biegłam.
Kiedy otworzyłam furtkę, ona wciąż była na werandzie. Siedziała w tym samym miejscu. Jakby na mnie czekała. Kiedy zobaczyła moją twarz, nie okazała żadnego zdziwienia. Po prostu na chwilę zamknęła oczy. Potem westchnęła:
„Więc rozumiesz?”.
„O co chodzi?” – zapytałam łamiącym się głosem.
Powoli wstała.
„Wejdź, Claire. Czas, żebyś poznała prawdę”.
Poszłyśmy do kuchni. Tej samej kuchni, w której piętnaście lat wcześniej gotowałam zbyt rzadkie zupy, gdy brakowało pieniędzy. Ten sam drewniany stół. Ten sam zegar na ścianie. Ten sam zapach kawy, wosku i czystej, starej bielizny. Madame Lefèvre napełniła dwie filiżanki. Jej ręce drżały. Usiadła naprzeciwko mnie. Przez dłuższą chwilę milczała. Potem mruknęła:
„Zawsze myślałaś, że cię nie kocham”.
Spuściłam wzrok. Nie chciałam kłamać.
„Tak”.
Skinęła głową.
„I może miałaś powody, żeby w to wierzyć. Byłam dla ciebie surowa. Zbyt surowa. Osądzałam cię. Obwiniałam cię za odejście. Obwiniałam cię za rzeczy, za które nie miałam prawa cię obwiniać”.
Głos jej się załamał.