Camille zatrzymała się. Chciała delikatnie skłamać, obiecać, że nic złego się już nie wydarzy. Ale nauczyła się, że miłość nie powinna już opierać się na kłamstwach.
Kucnęła przed córką.
„On już nie może się do nas zbliżyć. A jeśli spróbuje, nie będziemy same”.
Inès skinęła głową, poważna jak mała dorosła, po czym wsunęła dłoń w dłoń matki.
Rok później Camille ponownie otworzyła małą firmę księgową w Tours, przy słonecznej ulicy niedaleko Les Halles. Na szyldzie wpisała swoje pełne imię i nazwisko: Camille Roussel-Delmas. Nie z przywiązania do Romaina, ale dlatego, że nie chciała ukrywać tego, co przeszła.
Czasami kobiety przychodziły z segregatorami, pogniecionymi wyciągami bankowymi, rachunkami, których nie rozumiały, i gulą w gardle. Camille nie obiecywała im cudów. Zaproponowała im kawę, krzesło i to proste zdanie:
„Spojrzymy na to razem. Linijka po linijce”.
W międzyczasie Inès zaczęła ponownie zapraszać przyjaciół. Na początku sprawdzała zamki. Potem czasami zapominała. To było największe zwycięstwo.
Wiosną przeprowadzili się do małego żółtego domu na końcu ślepej uliczki. Nieduży. Nie luksusowy. Ale w ogrodzie rosła wiśnia, była huśtawka i kuchnia, w której nic nie trzaskało o ściany.
Pewnego wieczoru przyszedł list z więzienia. Pismo Romaina było nie do pomylenia: pochyłe, pospieszne, wręcz agresywne na kopercie.
Camille długo stała przed skrzynką pocztową.
Inès bawiła się w trawie z latarką, szukając ślimaków po deszczu.
„O co chodzi, mamo?”
Camille spojrzała na kopertę. Przez osiem lat każde słowo Romaina było jak lina. Wymówka, rozkaz, groźba, pułapka.
Nie otworzyła jej.
Podeszła do starego grilla na tyłach ogrodu, zapaliła zapałkę i patrzyła, jak papier zwija się w płomieniach. Imię Romaina czerniało, a potem znikało.
Inès podeszła cicho.
„Nie chcesz wiedzieć, co on mówi?”
Camille przeczesała dłonią włosy córki.
„Nie. Jego głos zajął już wystarczająco dużo miejsca”.
Dziewczynka milczała, a potem oparła głowę na ramieniu.
Słońce zachodziło za dachami. Żółty dom lśnił miękkim, niemal nierealnym światłem. Na tarasie czekały dwie szklanki syropu. W kuchni stygło ciasto. Nic nadzwyczajnego. Zwykły wieczór.
A dla Camille był on ogromny.
Inès spojrzała na nią.
„Czy jesteśmy już bezpieczni?”
Camille spojrzała na zamkniętą bramę, wciąż wilgotne kwiaty, okno kuchenne otwarte na dom bez strachu.
W końcu się uśmiechnęła, nie po to, by dodać otuchy innym, nie po to, by ratować twarz, ale dlatego, że jej ciało zaczynało wierzyć w to, co serce już wiedziało.
„Tak, kochanie. Teraz żyjemy.”