Nie odpowiadałam. Robiłam herbatę, zmieniałam temat, pytałam o wnuki. Bo wnuki miałam dwoje – Olę i Kubusia – i za każdym razem, gdy Marzena zaczynała o przepisaniu, patrzyłam na ich zdjęcia na lodówce i myślałam: a co, jeśli się mylę? Co, jeśli to naprawdę dla ich dobra?
Ale Stefan, mój mąż, zostawił mi jedno zdanie na całe życie. Powiedział to na rok przed śmiercią, gdy już wiedział, że jest chory: – Krysia, nigdy nie oddawaj mieszkania. Co będziesz miała, jak się rozmyślą?
Stefan nie był człowiekiem, który mówił dużo. Ale to, co mówił, miało wagę.
Po dwóch latach namawiania Henryk zmienił taktykę. Przestał prosić wprost. Zaczął natomiast opowiadać o swoich planach – remoncie łazienki, wymianie okien, nowym samochodzie. Wszystko brzmiało drogo.
Ja słuchałam i liczyłam w głowie. Nauczycielska emerytura to nie jest majątek. Ale przynajmniej moje rachunki płaciłam sama, nikomu nie zawdzięczałam dachu nad głową i to dawało mi spokój, którego nie potrafiłabym wycenić.
Marzena pracowała w biurze nieruchomości, Henryk prowadził mały sklep z częściami samochodowymi. Wydawało się, że radzą sobie dobrze. Dwupokojowe mieszkanie na kredyt, samochód, wakacje w Bułgarii. Normalne życie, jakie prowadzi połowa ludzi w ich wieku.
Tyle że normalne życie potrafi się rozlecieć w ciszy, bez ostrzeżenia.
Pierwsze sygnały przyszły rok temu. Henryk zaczął dzwonić rzadziej. Niedzielne obiady stały się co drugą niedzielę, potem raz w miesiącu. Marzena na pytanie, co słychać, odpowiadała coraz krócej. A wnuki – Ola miała już czternaście lat, Kubuś dziesięć – przyjeżdżały tylko na wakacje.
– Wszystko dobrze, mamo, po prostu dużo pracy – mówił Henryk.
Nie naciskałam. Matki mojego pokolenia nie naciskają. Czekają. Obserwują. Nocami leżą z otwartymi oczami i układają scenariusze.
Mój najgorszy scenariusz okazał się łagodniejszy od rzeczywistości.
Wczoraj, w czwartek, o szóstej po południu ktoś zadzwonił domofonem. Nie spodziewałam się nikogo – Jadzia z drugiego piętra zwykle wpadała w weekendy, a listonosz przychodził rano. Wcisnęłam guzik, otworzyłam drzwi i zobaczyłam Henryka i Marzenę na klatce schodowej. Z walizkami. Z torbami foliowymi. Z Kubusiem, który trzymał plecak i patrzył w podłogę.
Ola została u koleżanki – to powiedziała Marzena jako pierwsze zdanie. Nie “dzień dobry”. Nie “przepraszam, że bez uprzedzenia”. Ola została u koleżanki.
Wpuściłam ich. Co miałam zrobić? Stali w moim przedpokoju z całym swoim życiem spakowanym w trzy walizki i sześć toreb z Biedronki, a Kubuś miał takie oczy, że chciałam go przytulić i jednocześnie krzyczeć.
– Siadajcie – powiedziałam. – Zrobię herbatę.
Henryk usiadł przy stole i położył ręce na blacie. Ręce mu drżały. Marzena stała przy oknie i patrzyła na kasztanowce, które właśnie rozkwitały. Przez dobrą minutę nikt nic nie mówił.
– Mamo – zaczął w końcu Henryk. – Straciliśmy mieszkanie.