Przez lata namawiali, żebym przepisała mieszkanie na syna – “po co tobie samej taki metraż”. Nie przepisałam. Wczoraj syn z synową stanęli w drzwiach z walizkami: ich mieszkanie zajął komornik.

Sąsiedzi mówili o nas “ta spokojna rodzina z trzeciego piętra”. Henryk z Marzeną przyjeżdżali co niedzielę na obiad, zostawiali kwiaty na Dzień Matki, dzwonili regularnie. A ja przez ostatnie trzy lata zasypiałam z jedną myślą: dobrze, że nie podpisałam tych papierów.

Bo namawiali. Och, jak namawiali.

Zaczęło się sześć lat temu, kiedy Henryk skończył trzydzieści pięć lat i stwierdził, że pora “uporządkować sprawy”. Przyjechał w niedzielę bez Marzeny, co samo w sobie było dziwne – zwykle nie rozstawali się na krok. Usiadł w kuchni, wypił herbatę do połowy i powiedział:

– Mamo, pomyśl o przyszłości. Ty sama w trzech pokojach, po co ci to. Przepisz na mnie, a ja ci dam dożywocie.

Powiedział to lekko, jakby proponował wycieczkę nad Wisłę. Prawo dożywotniego zamieszkania – brzmiało poważnie, prawniczo, bezpiecznie. Tylko że ja trzydzieści dwa lata przepracowałam w szkole podstawowej numer siedem, z czego piętnaście jako polonistka – i wiedziałam, że słowa potrafią brzmieć pięknie, a znaczyć zupełnie co innego.

– Pomyślę – odpowiedziałam.

I pomyślałam. Przez kilka bezsennych nocy. To mieszkanie na osiedlu Kazimierza Wielkiego we Włocławku dostaliśmy z mężem Stefanem w siedemdziesiątym ósmym roku. Stefan umarł dwanaście lat temu, ale co rano wciąż piłam kawę przy tym samym oknie, z którego on patrzył na kasztanowce rosnące na podwórku. Trzy pokoje, kuchnia, balkon z widokiem na szkołę. Moje miejsce na ziemi. Jedyne, co miałam pewnego.

Henryk nie odpuścił po pierwszej rozmowie. Wracał do tematu co kilka tygodni – raz sam, raz z Marzeną. Marzena była delikatniejsza, ale uporczywsza. Potrafiła wpleść to w każdą rozmowę.

– Pani Kryśka z czwartego piętra przepisała synowi i jest szczęśliwa – mówiła, nakładając mi sałatkę na talerz. – Nie martwi się o nic, on wszystkim się zajmuje.