Zapach stęchłej kawy z baru był stałym elementem mojego życia, przyklejał się do włosów niczym tandetny duch, mieszając się mdło z ostrym, chemicznym ukąszeniem cytrynowego wybielacza. W dolnej części pleców pulsował tępy, rytmiczny ból, który pulsował w rytm bicia serca. Była druga w nocy w czwartek, a ja klęczałam na czworakach na zimnej powierzchni włoskiego marmuru, szorując fugi w kuchni starą szczoteczką do zębów.
Przez osiem lat pracowałam na trzech etatach, żeby spłacić kredyt hipoteczny rodziców, podczas gdy moja siostra podróżowała po świecie. Dziś urządziła parapetówkę i przedstawiła mnie swoim bogatym znajomym jako „pokojówkę”. Mój ojciec skinął głową i powiedział: „Ma szczęście, że w ogóle pozwoliliśmy jej tu zostać”. Nie płakałam. Po prostu podałam mu żółtą kopertę. Kiedy wyciągnął papier, w pokoju zapadła całkowita cisza.