Zapach stęchłej kawy z baru był stałym elementem mojego życia, przyklejał się do włosów niczym tandetny duch, mieszając się mdło z ostrym, chemicznym ukąszeniem cytrynowego wybielacza. W dolnej części pleców pulsował tępy, rytmiczny ból, który pulsował w rytm bicia serca. Była druga w nocy w czwartek, a ja klęczałam na czworakach na zimnej powierzchni włoskiego marmuru, szorując fugi w kuchni starą szczoteczką do zębów.