Pielęgniarka spojrzała na mnie… a potem uśmiechnęła się inaczej.
„Ach, oczywiście. Proszę wejść. Oczekujemy pani”.
Oczekujemy pani.
Poczułam ten dziwny niepokój, taki, który ściska serce, gdy coś jest nie tak, a człowiek jeszcze nie wie dlaczego.
Zaprowadzono mnie korytarzami, których nigdy wcześniej nie widziałam. Nieskazitelne ściany. Jasne światła. Drzwi otwierane z identyfikatorem. Wszystko pachniało czystością… czymś ważnym… cudzym światem.
Dopóki nie dotarliśmy do dużego, przeszklonego pomieszczenia.
W środku kilku lekarzy, wszyscy w maskach, skupiało się na pacjentce, której ledwo było widać.
„Możesz tu poczekać” – powiedzieli mi.
Stałam, kurczowo przyciskając torbę do piersi, jak zawsze robiłam to na dworze, w zimnie.
A potem ją zobaczyłam.
Claire.
W sterylnym fartuchu, siatce na włosy, rękawiczkach… mówiąca pewnym głosem, wskazująca na coś na ekranie. Inni jej słuchali.
Słuchali.
Zmarszczyłam brwi.
Nie rozumiałam.
„Ona jest…?” – zapytałam pielęgniarkę obok mnie.