Bez swoich kłamstw.
Kiedy drzwi zamknęły się za policjantami, w domu zapadła cisza.
Ogromna cisza.
Prawie nierealna.
Odwróciłam się do gości.
„Wynoście się”.
Nikt się nie sprzeciwił.
Wychodzili jeden po drugim, unikając mojego wzroku, zostawiając pełne talerze, na wpół puste szklanki, kwiaty, białe obrusy, okruchy swojej wystudiowanej elegancji.
Potem zostaliśmy tylko we troje.
Elise.
Lucas.
I ja.
W środku tego domu, za dużego, za nowego, za zimnego.
Spojrzałem na żonę.
Wydawała się zagubiona.
Jakby nie wiedziała już, gdzie położyć ręce.
Jakby nawet ochrona ją przerażała.
„Chodź, kochanie”.