Potem pokazano nagrania z pendrive’a.
Pani Helena, siedząca w fotelu, mówiła do kamery słabym, ale wyraźnym głosem:
„Jeśli Roman powie, że Kuba mnie okradł, kłamie. Jeśli powie, że Anna namówiła mnie do testamentu, kłamie. Jeśli powie, że byłam nieświadoma, niech ktoś zapyta go, dlaczego pamiętam dokładnie datę, kiedy ostatni raz odwiedził mnie bez prośby o podpis. To było sześć lat temu, w maju. Przyniósł wtedy storczyka i zapytał, czy dom jest jeszcze ubezpieczony.”
Roman pobladł.
Teresa ścisnęła jego rękę.
Nagranie trwało dalej.
„Kuba nie jest moim spadkobiercą. Nie chcę obciążać dziecka majątkiem ani wojną dorosłych. Chcę tylko, żeby wiedział, że dobro zostawia ślad. A mój dom ma służyć takim jak ja. Tym, którzy siedzą przy oknach i czekają, aż ktoś zauważy, że chce im się pić.”
Mama Kuby płakała cicho.
Sędzia zdjął okulary.
Roman nie patrzył już na nikogo.
W następnych tygodniach wyszło na jaw, że to on zabrał z domu matki część dokumentów i kosztowności, próbując udowodnić, że „coś ginęło od dawna”. Pieniądze, o które oskarżył Kubę, rzeczywiście nie były skradzione — zostały legalnie wypłacone przez panią Helenę i przekazane pani Janinie na koszty notarialne oraz zabezpieczenie testamentu.
Sąd utrzymał wolę pani Heleny.
Dom nie został sprzedany.